„Final Fantasy XV” miało swoją premierę już jakiś czas temu, w związku z czym emocje opadły i można przyjrzeć się jej na spokojnie jako całości. A że do rozkminiania jest sporo, zacznijmy może od początku.

UWAGA! Tekst zawiera spoilery.

Gry z cyklu Final Fantasy zajmują specjalne miejsce w moim sercu. Dość powiedzieć, że jest to seria mojego dzieciństwa. Będąc jeszcze w czasach wczesnego nastolactwa grywałam namiętnie w “Final Fantasy VII”, a zaraz potem w “Final Fantasy VIII”, które do dziś pozostaje moim ulubionym Finalem. Co ciekawe, “siódemka” średnio mi podeszła, za to historia przedstawiona w “ósemce” na ówczesne czasy była dla mnie absolutnie niezwykła i zachwycająca. Do tego muzyka, piękna (jak na tamte czasy) grafika i postaci, które w końcu wyglądają jak ludzie były dla mnie cudowną odmianą po FFVII. Nie będę się tutaj jednak rozpisywać na temat FFVIII, bo chciałabym poświęcić jej osobną notkę. Zależy mi jednak na tym, żeby wyjaśnić, jak bardzo ta stylistyka podobała mi się za młodu. Ci, którzy grali w te gry zapewne doskonale pamiętają wszelkiego rodzaju klisze, motywujące przemowy o życiu, śmierci, obowiązkach i przeznaczeniu, a także łzawe sceny śmierci bohaterów albo ich wewnętrzne przemiany (Cecil… dlaczego musiałeś wrócić na pierwszy poziom?). O ile można byłoby się pokusić o stwierdzenie, że jest to pewien sposób prowadzenia narracji specyficzny dla produkcji rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni, o tyle nie da się również ukryć, że tego typu historie zyskują szerokie grono odbiorców również poza nim. Ja nie byłam tu wyjątkiem – jako młodziak łykałam te łzawe historie jak pelikan, co więcej – byłam idealnym odbiorcą, bo wzruszałam się na tych patetycznych scenach śmierci i historiach o przeznaczeniu. Od tamtego czasu wiele się w moim podejściu do fabuły w grach zmieniło, ale co się w dzieciństwie nawzruszałam, to moje. Mimo tego, że po Finalach grałam w wiele lepszych gier, gdybym teraz miała stworzyć listę scen, które mnie najbardziej w grach wzruszyły, pewnie większość przypadłaby właśnie Finalom.

FFVIII jest moim ulubionym Finalem, chociaż wolałabym, żebym głównym bohaterem był Seifer.

Niestety od pewnego czasu gry z serii FF zupełnie przestały mnie interesować. Próbowałam grać w FFXIII, ale niestety jej liniowość i irytujący bohaterowie (Snow i Serah to chyba najbardziej irytujące postaci w historii FF) szybko mnie do tej gry zniechęciły. W zasadzie moja przygoda z FF zakończyła się na FFX – o FFX-2 chciałabym jak najszybciej zapomnieć, bo umniejszyło moim zdaniem świetnemu zakończeniu FFX. Słyszałam, że FFXII było dobre – niestety nie było mi dane się przekonać, ale to może się niedługo zmienić, bo zapowiedziano remaster tej gry na platformę PS4, który ma się ukazać w lipcu 2017. Wracając natomiast do FFXV – początkowo ignorowałam wszystkie informacje, które pojawiały się w temacie tej gry (nazywanej wcześniej FFXIII Versus, które miało pojawić się wyłącznie na PS3). Ani Noctis, ani Stella nie przekonali mnie do siebie jako bohaterowie (Noctis wręcz trochę mnie odrzucił, bo uznałam go za marną hybrydę Squalla i Clouda), chociaż nie da się ukryć, że prezentowane filmiki wyglądały imponująco. Na długi czas zapomniałam o tym, że nam tę grę obiecywano, choć dotarło do mnie gdzieś w międzyczasie, że przemianowano ją właśnie na Final Fantasy XV. Tak naprawdę przyjrzałam się jej bliżej dopiero wtedy, kiedy YouTube poleciło mi do obejrzenia gameplay z demo zatytułowanego Episode Duscae. Wtedy opadła mi szczęka.

Nie wiem, czy pamiętacie, co zawierało to demo i ja też nie pamiętam wszystkich scen (sam filmik trwał dobrze ponad godzinę), ale animacja postaci, efektowna walka i wygląd świata oczarowały mnie na tyle, że nie mogłam oderwać wzroku od ekranu. Pod koniec filmu dodatkowo pokazano scenę przyzwania Ramuha, która była po prostu niesamowita. Wtedy pomyślałam sobie, że może jednak warto byłoby się tą grą bliżej zainteresować, ale z racji tego, że do premiery zostało jeszcze sporo czasu, starałam się jakoś bardzo nie rozbudzać swoich nadziei. Krótko po obejrzeniu tego gameplayu dotarła do mnie informacja o filmie, przygotowywanym jako wprowadzenie do świata gry – “Kingsglaive”. Odnotowałam gdzieś z tyłu głowy, żeby obejrzeć film po premierze i na tej podstawie zdecydować, czy warto będzie zagrać w grę. Zadowolona zasiadłam do oglądania i zebrałam szczękę z podłogi po raz drugi.

„Kingsglaive” wygląda niesamowicie i zachwyca wykonaniem i muzyką. Mimo średnio przejrzystej fabuły to nadal świetne wprowadzenie do uniwersum.

O samym filmie opowiadaliśmy już w tym odcinku podcastu Kolaudacja: Show, ale pokrótce powiem tylko, że mimo zawiłości i  braków fabularnych oglądało się go rewelacyjnie, a to, jak wyglądał pokazało, że niewielka jest obecnie różnica pomiędzy filmem z żywymi aktorami a filmem generowanym komputerowo. Dostaliśmy mnóstwo zapierających dech w piersiach scen walki, świetną muzykę i głównego bohatera, którego dało się lubić. Cała obudowa tego świata, czyli nie tylko „Kingsglaive”, ale również bardzo sympatyczne anime „Brotherhood”, pogłębiły moją sympatię do bohaterów i zainteresowanie wydarzeniami tego uniwersum – a nawet zwłaszcza „Brotherhood”, bo w skład tej miniserii wchodzą odcinki poświęcone każdemu z trójki przyjaciół Noctisa z osobna. Oglądając poszczególne odcinki możemy dowiedzieć się, jak Prompto z zakompleksionego dzieciaka stał się najlepszym przyjacielem Noctisa, jak Gladio już za młodu próbował przemawiać młodemu księciu do rozsądku, a nawet jak Ignis próbował zaszczepić u niego nawyk sprzątania w mieszkaniu. Bardzo lubię takie dodatki i z przyjemnością śledzę wszelkiego rodzaju materiały, z którymi mogę zapoznać się jeszcze przed grą. Wszystko to przekonało mnie ostatecznie, że chcę temu uniwersum dać szansę na premierę, nie czekając na to, czy recenzenci będą tę grę chwalić, czy na nią narzekać. Jak się okazało, podjęłam bardzo dobrą decyzję.

Animacja w Brotherhood wygląda całkiem przyjemnie, ale nie jest niczym nadzwyczajnym. Całość można obejrzeć na YouTube z angielskimi napisami – przed rozpoczęciem gry zdecydowanie warto. Po jej przejściu w sumie też. 🙂

Gra odwróciła motyw znany z FFXIII (jedynego FF, który zupełnie nie trafił w moje gusta) – tam na początku mieliśmy liniową fabułę, a dopiero pod koniec otwierała się możliwość eksploracji. W FFXV natomiast od samego początku zwiedzamy różne miejsca, w których naprawdę jest co robić. Każdy z naszych bohaterów posiada hobby (!), którego rozwijanie wpływa pozytywnie na statystyki – Noctis łowi ryby (tak w ogóle, łowienie ryb w tej grze jest absolutnie rewelacyjną minigierką), Ignis następnie może z tych ryb (i nie tylko) przygotować posiłki, które dają bonusy do różnych statystyk przed następną walką, Prompto robi zdjęcia, które są nam prezentowane przy każdym odpoczynku i niejednokrotnie wywołują uśmiech na twarzy, a Gladiolus odpowiada za przeszukiwanie terenu po walce i pozyskiwanie przydatnych przedmiotów. Ciekawym rozwiązaniem jest też to, że trzeba odpoczywać – bohaterowie zbierają punkty doświadczenia, ale zliczają się one dopiero właśnie podczas odpoczynku. Podoba mi się takie rozwiązanie, bo rozbijanie obozu, nocowanie w motelach czy przyczepach campingowych buduje fajny klimat i dostajemy dodatkowo zabawne scenki z naszymi bohaterami.

Rozbijanie obozu, wspólne posiłki i misje „lojalnościowe” poszczególnych bohaterów świetnie budują klimat między postaciami.

A jeśli już o bohaterach mowa – są absolutnie rewelacyjni i nie można ich nie lubić. Nawet Prompto, który jest typem rozwrzeszczanego i nadpobudliwego bohatera, jaki na ogół stanowczo mnie do siebie zniechęca, okazał się być bardzo sympatyczną postacią, którą da się lubić. Poza nim mamy naszego głównego bohatera, Noctisa, który w materiałach promocyjnych wydawał się z kolei nudną, smutną i typową hybrydą Squalla i Clouda, a w rzeczywistości okazał się być bardzo sympatycznym bohaterem. Serca kradną również Gladiolus (najsilniejszy w drużynie i bardzo bezpośredni jak na bohatera japońskiej gry) oraz Ignis, mój osobisty faworyt – opanowany i spokojny, trochę matkujący całej bandzie, ale bardzo w tej swojej trosce zabawny. Nie szczędzi też czasem kolegom uszczypliwości, ale cała grupa dogaduje sobie po równo, co bardzo urealnia ich relacje.

Noctis jest przyjemną postacią, którą naprawdę da się lubić. Wbrew pozorom nie jest rozpuszczonym i mrukliwym dzieciakiem, choć i tak musi się jeszcze nauczyć panować nad humorkami.

Sama gra zaczyna się w momencie, w którym nasi bohaterowie eskortują księcia Noctisa na zaaranżowany jeszcze za czasów jego młodości ślub z Wyrocznią, Lunafreyą Nox Fleuret. Panowie stroją sobie żarciki z zepsutego samochodu, który trzeba jakoś dostarczyć do mechanika przed wyruszeniem w dalszą drogę, a w tle przygrywa nam nagrana przez Florence and the Machine specjalnie na potrzeby gry nowa aranżacja kultowego przeboju “Stand By Me”. Mniej więcej w tym samym momencie (podczas trwania pierwszego rozdziału gry) równolegle rozgrywają się wydarzenia znane nam z filmu Kingsglaive (warto obejrzeć go wcześniej) – Insomnia, królewskie miasto, upada pod naporem armii Niflheim i aby nie dopuścić do opanowania świata przez mrok, młody (i oczywiście bardzo niedoświadczony) Noctis musi zdobyć moc przodków i Kryształu, za pomocą których pokona siły ciemności.

Zanim jednak zabrałam się za ratowanie świata i zagłębiłam w fabułę, postanowiłam trochę poeksplorować, skoro już okolica stanęła przede mną otworem. Nie da się ukryć, że lokacje są ogromne i oferują mnóstwo możliwości – można uczestniczyć w polowaniach na potwory, za które otrzymuje się spore wynagrodzenia, można zbierać składniki na przygotowywane przez Ignisa potrawy, można wykonywać misje poboczne, jeździć na Chocobo, a nawet uprawiać ogródek (!). Poza łowieniem ryb mamy też inną minigierkę, czyli ulepszony pinball – Justice Monsters Five, który występuje również jako osobna aplikacja do pobrania na urządzenia mobilne. Do tego dostajemy mnóstwo cut-scenek i pomniejszych zadań, które dodatkowo pogłębiają relacje między głównymi bohaterami. To oni tak naprawdę są osią fabuły i siłą, która ją napędza – wszyscy są świetnie napisani, a relacje między nimi przedstawione tak realistycznie, że praktycznie od razu kupują nas jako protagoniści. Podczas walki świetnie działają combosy, które Noctis wykonuje wspólnie z towarzyszami, a także ataki specjalne, które są nie tylko efektowne, ale przede wszystkim efektywne. Moimi faworytami są tutaj “Piercer” Prompto i “Mark” Ignisa – pierwszy bardzo pomaga w walce z silnymi przeciwnikami, a drugi – kiedy przewyższają nas liczebnością.

Gameplay sprawia mnóstwo frajdy. Walki odbywają się w czasie rzeczywistym, co jest sporą zmianą w stosunku do klasycznych Finali, ale absolutnie mi to nie przeszkadza, bo pojedynki z wrogami są po prostu satysfakcjonujące. Uniki, ataki specjalne, używanie magii – muszę przyznać, że dawno nie bawiłam się tak dobrze podczas starć z przeciwnikami. Jedynym minusem jest to, że jeśli wbije się zbyt wysoki poziom przed rozpoczęciem właściwej fabuły, główne misje i bossowie nie są żadnym wyzwaniem. Poza tym walki są często nierówne – czasem będąc na poziomie dwudziestym udawało mi się pokonać znacznie silniejszych przeciwników, a rozwalali mnie tacy na poziomie piętnastym.

Walki wyglądają imponująco i sprawiają mnóstwo frajdy. Dodatkowo podkład muzyczny jest przepiękny, zwłaszcza podczas walk z bossami.

Mimo oczywistych zalet wynikających ze świetnie przygotowanego i rozbudowanego świata oraz rewelacyjnie napisanych bohaterów gra nie jest idealna. Niestety najsłabiej wypada główny wątek fabularny. Jako całość przedstawiona historia jest bardzo ciekawa i świat, w którym się dzieje, bardzo zachęca do zbadania „co za tym wszystkim stoi” – jak na przykład wątek jednego z Tytanów, który własnymi rękoma zatrzymał meteoryt spadający na Ziemię. W ogóle cała kosmogonia opowiadająca o losach istot znanych nam jako Astrale (mówiąc prościej – summony) jest świetną osią całej historii i bardzo żałuję, że odkrywa się ją tak naprawdę głównie przez przypadek lub w zadaniach pobocznych. Główne misje fabularne skupiają się głównie na Noctisie i jego walce z siłami ciemności, czyli tak naprawdę na tym, na czym skupia się każda część FF. Niestety tutaj wątek ten jest bardzo krótki – całą grę po osiągnięciu odpowiedniego poziomu drużyny można ukończyć w 8-10 godzin. Dodatkowo niektóre wątki i zagrania fabularne są bardzo nieoczywiste i przedstawione bardzo nie wprost, co spotkało się ze średnio entuzjastyczną reakcją niektórych graczy. Mam wrażenie, że to właśnie główny wątek fabularny najbardziej ucierpiał na pogoni za koniecznością dostosowania go do wymagań zarówno nowych, jak i starszych fanów gier spod szyldu FF. Z jednej strony mamy otwarty świat, który dostarcza mnóstwa wrażeń i niejednokrotnie chce się do niego wracać (ja sama po zakończeniu rozgrywki nabiłam dodatkowe 80 godzin wykonując zadania poboczne i łowiąc ryby), a z drugiej – bardzo niewiele misji fabularnych, które – choć ciekawe i angażujące – aż proszą się o to, żeby rozbudować je minimum dwa razy bardziej. 

Tym razem Yoshitaka Amano zamiast standardowej ilustracji stworzył animowane, trójwymiarowe widowisko, z którego można wyłapać mnóstwo smaczków – kliknij, aby zobaczyć całość na YouTube.

Nadal jednak fabuła potrafi wycisnąć łzy i skłonić do refleksji, czyli robi to, co i poprzednie Finale robiły bardzo dobrze. Nie oszukujmy się – stosowane zagrywki fabularne są typowe i nie są żadną nowością, ale sposób ich przedstawienia nadal jest naprawdę dobry. Coś takiego jest w tych japońskich grach, jakaś szczególna wrażliwość w przedstawianiu bohaterów i relacji międzyludzkich, która jest bardzo wiarygodna mimo nieprawdopodobnych okoliczności, w jakich występuje. I tak od misji do misji historia zaskoczyła mnie kilka razy, ale nigdy tak bardzo, jak podczas tego, co działo się w Altissii. Naszych bohaterów spotyka tragedia za tragedią, poczynając od śmierci ojca Noctisa, króla Regisa, a na poświęceniu Lunafreyi kończąc. Nic jednak nie wzruszyło mnie w tej grze tak bardzo, jak wątek mojego ulubionego bohatera, Ignisa. Twórcy zdecydowali się na dość nietypowe zagranie – mianowicie w wyniku jednej z walk nasz bohater traci wzrok. W późniejszej części gry jesteśmy nie tylko świadkami jego zmagań z nową rzeczywistością, ale również wyrzutów sumienia głównego bohatera. Jest to wątek o tyle ciekawy, że nie pozostaje bez wpływu na samą rozgrywkę – Ignis zaczyna walczyć w inny sposób, a podczas eksploracji należy uważać, żeby nie zostawić go zbyt daleko w tyle – wtedy bohaterowie głośno przypomną nam, że trzeba na niego poczekać. Z czasem lepiej przystosuje się do swojej nowej sytuacji, ale na samym początku, kiedy jeszcze porusza się używając laski, okropnie mu współczułam – również dlatego, że w końcu pękła jego maska wiecznie opanowanego stratega i przez moment naprawdę wierzył, że będzie dla grupy bezużyteczny.

Wątek Ignisa jest poprowadzony nadzwyczajnie dobrze. Tak powinno się pisać postaci w grach. (Tak, patrzę z wyrzutem na ciebie, Mass Effect: Andromeda!)

Podoba mi się kierunek, jaki wyznacza FFXV – to coś zupełnie nowego i innego, jeśli chodzi o serię Final Fantasy, a równocześnie daje nam po głowie pewną nostalgią i nawiązaniami do poprzednich części (słuchanie w samochodzie soundtracku z FFVIII <3). Czy to dobrze? Nie wiem, bo to zupełnie inne podejście, ale podoba mi się to, że twórcy nie bali się odciąć od swoich wcześniejszych planów i zacząć procesu twórczego tak naprawdę prawie od początku. Niektórzy mówią, że FFXV powstawało 10 lat, ale nie jest to do końca prawda – na targach E3 w 2013 roku ogłoszono, że FFXIII Versus zmienia się w FFXV właśnie, co wiązało się z wywaleniem do kosza lwiej części pracy włożonej wcześniej w projekt. Praca nad FFXV, jakie dostaliśmy w dniu premiery, rozpoczęła się prawdopodobnie mniej więcej niedługo wcześniej po zachowaniu niewielkiej ilości materiałów i niektórych bohaterów. Było to bardzo odważne posunięcie, bo wiele materiałów marketingowych zdążyło się już pojawić pod szyldem FFXIII Versus. Osobiście uważam, że odłączenie FFXV od tego uniwersum było dobrą decyzją i wyszło tej grze na dobre, bo nowa kosmogonia prezentuje się chyba najciekawiej ze wszystkich dotychczasowych Fajnali – za jakiś czas prawdopodobnie poświęcę jej osobną notkę, bo to, co się tam wyprawia, to niesamowicie pokręcona i smutna historia, która stawia głównego złoczyńcę FFXV, Ardyna, w zupełnie innym świetle. Ale – jak już wspomniałam – żeby się z tą historią zapoznać, trzeba spędzić długie godziny na poszukiwaniu i łączeniu faktów – i chwała za to twórcom, bo odkrycie tego wszystkiego samemu daje niesamowitą satysfakcję.

Eksploracja świata i grzebanie w lochach, ukrytych lokacjach i lasach zachęca tutaj do gry bardziej, niż kiedykolwiek. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz wracałam do jakiejkolwiek gry z taką przyjemnością.

Widząc hasło „A Final Fantasy for fans and newcomers alike” obawiałam się, że Square Enix dostarczy grę dla nikogo. Tak się na szczęście nie stało – jako wielka miłośniczka serii, w szczególności części VIII i VI, spędziłam w świecie FFXV ponad 150 godzin, a na 80% wyczyściłam na razie tylko kontynent – czeka mnie jeszcze powrót do Altissii i wszystkie dodatki, które mają się pojawić (nie miałam jeszcze czasu zagrać w „Episode Gladiolus”, choć podobno niestety żadna z niego rewelacja). Każde odpalenie gry jest dla mnie jak ponowne spotkanie ze starymi znajomymi i wydaje mi się, że właśnie taki efekt twórcy chcieli uzyskać. Co więcej, gra jest (i ma być nadal) stale rozwijana, pojawiają się nowe wątki, zmiany, eventy, nie wspominając już o misjach fabularnych dla każdego z naszych towarzyszy.  Nie przypominam też sobie, żeby którakolwiek gra z cyklu FF miała tak rozbudowaną kampanię marketingową – z jednej strony mówi się, że to dlatego, że FFXV było „być albo nie być” marki, a z drugiej – że to po prostu kwestia tego, jak bardzo wyczekiwaną grą była „piętnastka”. Bez względu na prawdziwy powód stojący za tą machiną uważam, że jest to gra niezwykle udana i zarówno weterani Final Fantasy ze mną na czele, jak i „świeżaki” znajdą tu dla siebie mnóstwo frajdy. Nie da się też ukryć, że do Finali w starym stylu nie będzie już powrotu, dlatego tym bardziej cieszę się, że udało się zachować tak dużo klimatycznych elementów.

Square Enix, dzięki, że nie zepsuliście FFXV.

PS. Audi naprawdę wyprodukowało (w jednym egzemplarzu co prawda, ale zawsze) samochód, którym bohaterowie poruszają się w Kingsglaive.

Tak, ten samochód istnieje naprawdę. Nie, niekoniecznie bym go kupiła. 😉