Moja tegoroczna wyprawa do Tokio przyniosła ze sobą odwiedziny w kilku ciekawych miejscach, których nigdy wcześniej nie miałam okazji odwiedzić. Niektórzy z was zapewne wiedzą, że skończyłam japonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Przez wzgląd na to mam do Japonii bardzo duży sentyment i ogromny szacunek, co przekłada się na to, że uwielbiam tam wracać. W tym roku miałam okazję pobyć tam trochę dłużej i odwiedzić więcej ciekawych miejsc, które z przyjemnością wam przedstawię. Ponieważ miejsc jest dużo, a zdjęć jeszcze więcej, postanowiłam podzielić notkę na dwie części – ta druga ukaże się już wkrótce, a w pierwszej zabiorę Was na wycieczkę po Akihabarze i mojej ulubionej świątyni w Tokio, zajrzymy do Square Enixowego ARTNIA i pospacerujemy po Ginzie.

AKIHABARA (秋葉原, jap. Pole Jesiennych Liści)

Najbardziej cieszę się z tego, że w końcu udało mi się spędzić więcej czasu w Akihabarze. Kiedyś dosłownie przebiegłam przez tę dzielnicę, nie mając czasu na żaden sklep ani rozejrzenie się po okolicy. Dopiero teraz udało mi się wejść w każdy zakamarek i trochę połazić po sklepach, uliczkach, świątyniach i kawiarniach.

Akihabara jest prawdziwym rajem dla geeków. W wielopiętrowych sklepach można kupić figurki, gadżety, gry, przebrania, komiksy – nie tylko produkcji japońskiej, ale oczywiście przede wszystkim.

Co ciekawe, większość wystaw z figurkami wygląda dokładnie tak, jak te w Chinach – z tym, że tutaj próżno szukać tanich podróbek, na półkach mamy tylko licencjonowane produkty.

Bardziej jednak chciałam napisać o pięknym miejscu, które znajduje się w bardzo bliskiej odległości od głównej arterii Akihabary. Jest to Kanda Myōjin (jap. 神田明神, świątynia Kanda lub Świątynia Boskich Pól), świątynia shintoistyczna, której powstanie datuje się na ponad 1200 lat temu, a przy okazji jedno z moich ulubionych miejsc w Tokio. Obecna struktura świątyni była wiele razy odbudowywana z powodu nawracających trzęsień ziemi i pożarów. Sama świątynia była miejscem ważnym zarówno dla wojowników, jak i zwykłych mieszkańców Tokio, zwłaszcza podczas okresu Edo (1603 – 1868), kiedy pojawiał się tam regularnie szogun Tokugawa Ieyasu.

Kanda Myōjin jest pięknym i relaksującym miejscem o bogatej historii i pięknej architekturze. Miejsce obowiązkowe do odwiedzenia, jeśli jesteśmy w Akihabarze.

Świątynia została wybudowana w 730 roku początkowo w zupełnie innej lokalizacji, w modnej ówcześnie dzielnicy Ōtemachi – była przenoszona dwa razy, zanim znalazła się na swoim obecnym miejscu. Jej obecna struktura została wzmocniona betonem w 1934 – dzięki temu jako jedna z niewielu świątyń przetrwała bombardowania podczas II Wojny Światowej. Z uwagi na niedaleką lokalizację Akihabary Kanda Myōjin jest się swoistą mekką dla geeków i technofili, co wiąże się z tym, że na miejscu można kupić amulety mające np. chronić komputer przed wirusami. 🙂

Przy świątyni można też zjeść pyszne takoyaki (ośmiornicę pieczoną w cieście z dodatkiem płatków suszonej ryby, sosów i zieleninki).

Świątynia poświęcona jest trzem kami (jap. 神, bóstwom) – Daikokuten, Ebisu oraz Taira no Masakado. Daikokuten i Ebisu należą do Siedmiorga Bóstw Szczęścia (jap. 七福神, shichi fukujin) – z tego powodu Kanda Myōjin jest miejscem popularnym wśród biznesmenów, którzy modlą się tam o bogactwo i pomyślność. Taira no Masakado natomiast jest postacią o wiele bardziej kontrowersyjną – był samurajem, który zbuntował się przeciwko rządowi Heian, a następnie został wyniesiony na piedestał jako bóstwo. Po jego śmierci w roku 940 jego głowa została oddzielona od reszty ciała i dostarczona w okolice Shibaraki, niedaleko miejsca, gdzie obecnie znajduje się świątynia. Miejscowi, którzy darzyli go szacunkiem w związku z jego opozycją wobec rządu, zaczęli go czcić jako bóstwo w świątyni Kanda. Mówiło się, że jego duch czuwał nad okolicznymi ziemiami, a za każdym razem, kiedy świątynia była zaniedbywana, zsyłał plagi i klęski nieurodzaju na całą okolicę. Krążyła również plotka, jakoby sam Tokugawa Ieyasu czuł się niekomfortowo z tym, że jego zamek miałby znaleźć się blisko tak silnego bóstwa, w związku z czym zdecydował o przeniesieniu świątyni w inne miejsce.

Podobno nawet potężny szogun czuł respekt przed jednym z bóstw rezydujących w Kanda Myōjin.

Podczas ery Meiji (1868 – 1912) pod wpływem presji ze strony społeczeństwa cesarz został zmuszony do włączenia Kanda Myōjin do tzw. Tokyo Jissha (東京十社, jap. Dziesięć Świątyń Tokijskich), było to jednak problematyczne przez wzgląd na silne konotacje Taira no Masakado z postawami antyrządowymi. Problem postanowiono rozwiązać w najprostszy z możliwych sposobów – przez cofnięcie boskiego statusu dawnego samuraja. Okazało się jednak, że wspomniany kami był niezwykle popularny wśród społeczeństwa, w związku z czym symbolicznie powrócił do świątyni Kanda.

Architektura i kolorystyka Kanda Myōjin zachwycają, zwłaszcza w słoneczne dni, kiedy promienie światła podkreślają wszystkie kolory.

Podczas zwiedzania Akihabary odwiedziliśmy również kilka restauracji i kawiarni, gdzie próbowaliśmy tradycyjnych specjałów. Kuchnia japońska to zdecydowanie moja ulubiona ze wszystkich kuchni świata, których do tej pory miałam okazję spróbować – głównie dlatego, że z jednej strony stawia na naturalne i delikatne smaki, a z drugiej potrafi je podkreślić w niesamowity sposób.

Mogłabym tak jeść codziennie.

Oczywiście w każdej odwiedzonej kawiarni musiałam spróbować matcha latte – niektóre niestety wzorem Starbucksa bardzo mocno je dosładzają, ale w kilku spotkałam się z wersją niesłodzoną. Do tego zdecydowanie polecam wspaniałe w smaku ciastko Mont Blanc – nie natknęłam się na nie podczas poprzednich wizyt w Japonii, a absolutnie mnie zachwyciło.

Mont Blanc to ciastko bardzo mocno kasztanowe i dość słodkie, ale świetnie pasuje do niesłodzonej matcha latte.

Kupiliśmy też trochę gadżetów, głównie prezentów, a ja w ostatniej chwili odłożyłam na półkę piękny model Gipsy Danger z Pacific Rim, bo nie miałabym jak przewieźć go do Polski. Teraz trochę żałuję.

Gipsy Danger! <3

Nie było niestety czasu na odwiedzenie akihabarowego Square Enix Cafe (głównie przez to, że trzeba tam wcześniej zrobić rezerwację), ale zdążyłam przynajmniej pstryknąć fotę z Nyxem i trochę się poszczerzyć.

Do Square Enix Cafe nie ciągnęło mnie tak bardzo, bo wiedziałam, że następnego dnia będziemy blisko innej lokalizacji, gdzie znajdziemy prawie dokładnie to samo. Korzystając z pobytu w Shinjuku odwiedziliśmy specyficzną bułeczkę o na pozór niewiele mówiącej nazwie ARTNIA.

ARTNIA

ARTNIA również jest dziełem Square Enix. Nazwa ARTNIA pochodzi od połączenia słów „art” oraz „near”, co według twórców ma nawiązywać do łatwej dostępności miejsca dla odwiedzających je fanów. Tak naprawdę jest to sklep z gadżetami, połączony dodatkowo z salą wystawową i niewielką kawiarnią, w której można dostać pyszności podobne jak w Square Enix Cafe. Sala wystawowa robi wrażenie, bo na samym jej środku wyeksponowano kryształ, a dookoła można podziwiać najładniejsze z figurek i gadżetów.

Fajnie tak zobaczyć na powietrzu jakiś fajnalowy plakat.

Niestety asortyment trochę mnie rozczarował. Mimo niedawnej premiery Final Fantasy XV, w sklepie nie było praktycznie żadnych gadżetów związanych z tą odsłoną (poza figurkami Play Arts Kai, których i tak nie można było kupić, obudowami na telefon i chyba jedną koszulką). Podobnie sytuacja miała się z jakimikolwiek gadżetami z Final Fantasy VIII – nawet Squall, którego można było podziwiać w ramach ekspozycji figurek, był wersją z Dissidii. Większość pluszaków i figurek stanowiły te z Dragon Quest i nieodżałowanego Final Fantasy VII. Żadnego Tonberry ani Chocobo. 🙁

Wygląd galerii jest imponujący tak z zewnątrz, jak i wewnątrz – szkoda tylko, że asortyment jest najwyraźniej sezonowy. Niemniej jednak chętnie odwiedzę ARTNIA jeszcze raz, jeśli tylko będę miała okazję, bo a nuż pojawi się coś ciekawego. Obecnie więcej dobra znajdą tam dla siebie fani Dragon Quest. 🙂 Nie udało mi się niestety zrobić tam zakupów, ale na szczęście kilka gadżetów prezentowych udało się znaleźć w gigantycznych sklepach Akihabary – gwarantuję, że można tam znaleźć naprawdę urocze perełki, jak tylko się dobrze poszuka. Trzeba się jednak liczyć z tym, że spędzi się kilka ładnych godzin na grzebaniu w gadżetach, z których absolutnie wszystkie są urocze i absolutnie wszystkie chcielibyśmy mieć, a dodatkowo czasem trzeba o nie zagadać obsługę sklepu – ja musiałam tak wywalczyć ostatni breloczek z Cloudem dla siostry ;).

Podsumowując – jeśli podobnie jak ja nie macie na miejscu czasu na odwiedziny w Square Enix Cafe, polecam wpaść do ARTNIA, zwłaszcza, że to zaledwie kilkuminutowy spacer od najbliższej stacji metra. Na miejscu można dodatkowo znaleźć takie perełki, jak desery udekorowane czekoladowym mieczem Clouda czy kokardą Aeris albo kawę w pamiątkowym kubeczku z Chocobo. ARTNIA można odwiedzać codziennie między 11 a 22, z wyjątkiem świąt, podczas których najczęściej galeria jest zamknięta.  Nastawmy się też na to, że w porównaniu z innymi sklepami gadżety w ARTNIA mogą być dość drogie – na szczęście ceny napojów i przekąsek w kawiarni nie przerażają.

Niestety wśród pluszaków też nie znalazłam niczego dla siebie, ale nie będę ukrywać, że były przeurocze.

GINZA (jap. 銀座)

Obecnie najbardziej fancy z tokijskich dzielnic, Ginza nie zawsze wzbudzała zachwyt – początkowo powstała na terenie, na którym wcześniej znajdowały się rozległe bagna. Po druzgocącym pożarze w 1872 roku rząd Meiji postanowił uczynić ją symbolem modernizacji. Rozpoczęto budowanie ognioodpornych konstrukcji z cegły i tworzenie zupełnie nowego planu ulic, które łączyłyby stację Shimbashi z Tsukiji. Obecna nazwa dzielnicy pochodzi od zlokalizowanej w tej okolicy mennicy srebrnych monet (銀 – gin – srebro, 座 – za – mennica).

To właśnie Ginza jest jedną z najbardziej luksusowych dzielnic zakupowych świata. W okolicy można znaleźć butiki najbardziej szanowanych marek, mnóstwo kawiarni i designerskich sklepów, a także malutkie, przytulne knajpki, w których spróbujemy sezonowych specjałów. Dla mnie jednak najpiękniejszym okazem zlokalizowanym w tej dzielnicy jest Kabuki-za, teatr, w którym odbywają się premiery przedstawień kabuki.

Kabuki-za prezentuje się rewelacyjnie również w dzień, ale w nocy wygląda zdecydowanie bardziej imponująco.

Kabuki (歌舞伎, 歌 – ka – śpiewać,舞 – bu – tańczyć,伎 – ki – umiejętności, co można tłumaczyć jako „sztuka śpiewu i tańca”; tłumaczenie to nie odzwierciedla jednak etymologii) to klasyczny japoński teatr taneczny, najbardziej rozpoznawalny poprzez specyficzną dramaturgię i bogaty makijaż, który nakładają na twarze aktorzy. Ostatni znak złożenia oznaczającego kabuki, czyli umiejętności, jest używany najczęściej w odniesieniu do aktorów kabuki. Co ciekawe, jeśli weźmiemy na warsztat czasownik kabuku, wśród jego znaczeń odnajdziemy coś zaskakującego – „chwiać się”, „odstawać od normy”. Znaczenia te często sprawiały, że teatr kabuki uznawany był za teatr „dziwny” lub „awangardowy”. Dodatkowo określenie kabukimono (歌舞伎者) początkowo odnosiło się do ludzi dziwnie ubranych i zataczających się na ulicach. 🙂

Kabuki-za został założony przez dziennikarza okresu Meiji, Fukuchi Gen’ichiro. Fukuchi tworzył sztuki, w których swego czasu występowali najbardziej znani aktorzy kabuki.

Inną ciekawostką w dzielnicy Ginza są specyficzne wystawy – tutaj trzeba się naprawdę postarać, żeby przykuć czyjąś uwagę zarówno w przypadku galerii, jak i zwykłych butików.

Chanel od dziś ustawia wystawy w serwerowni.
Wystawa w jednej z galerii.

Wieczorami ulice Ginzy wyglądają zupełnie inaczej – dopiero wtedy można w pełni podziwiać kunszt architektoniczny niektórych budynków, jak np. pięknej siedziby Giorgio Armani, która wygląda niczym udekorowana spadającymi płatkami wiśni. Wiele budynków najpopularniejszych butików wygląda identycznie jak ich odpowiedniki w innych krajach, ale czasem można spotkać perełkę w postaci właśnie takich niewielkich akcentów. Dzięki temu Ginza nie wygląda w stu procentach jak zwykła ulica sklepowa, a zachowuje swój unikalny, japoński charakter. Jeszcze lepiej widać to w niewielkich uliczkach, które odchodzą od głównej arterii – to tam znajdziemy kawiarenki z lokalnymi przysmakami, stoiska z goframi, lody, pieczone kasztany i inne przysmaki, którymi można umilić sobie spacer. Ginza jest jednak dzielnicą dość zatłoczoną – ludzie przychodzą tu nie tylko na zakupy, ale również do barów, w związku z czym tak naprawdę o każdej porze dnia i nocy jest tu dość tłoczno i hałaśliwie.

Co ciekawe, na miejscu usłyszałam od znajomej Japonki, że mało kto mieszka w tej dzielnicy, bo jest na to po prostu za droga. Znajdziemy tam kilka hoteli, biura i lokale usługowe, ale te mieszkania, na które się natkniemy, będą pewnie jednymi z droższych w Tokio. Sama jednak raczej nie chciałabym mieszkać w tej okolicy – gdybym miała wybierać, byłaby to pewnie okolica Sotokanda przy Akihabarze – ale wcale nie dlatego, żeby mieć lepszy dostęp do gadżetów. Jest tam po prostu przyjemnie i wbrew pozorom dość spokojnie, jeśli akurat nie znajdujemy się w pobliżu wielkiego centrum handlowego Akiba.

Załapaliśmy się akurat na sezonowe kalmary.
Klasycznie sushi serwowano w Japonii tylko w formie nigiri, a nie zwijanych rolek. Obecnie standardem są obydwie formy. Ja osobiście preferuję tempurę. 🙂
Ginza nocą.

To już wszystkie miejscówki zaplanowane przeze mnie na tę notkę. W kolejnej przyjrzymy się Roppongi Hills, zajrzymy do Parku Ueno, odwiedzimy Sensō-ji i pospacerujemy po dzielnicy Shibuya.

Do przeczytania! 🙂

またね!

Wszystkie zdjęcia ilustrujące niniejszy wpis są wykonane przeze mnie i Michała Pęczalskiego. Rozpowszechnianie ich bez naszej zgody jest zabronione.

  • Fajny tekst, czekam na ciąg dalszy 😊 A ten model z Pacific Rim to duży by był?

  • liczę na dużo więcej takich tekstów i jeszcze więcej zdjęć Japonii 🙂

    • Dziękuję! 🙂 Na pewno będzie jeszcze druga część tego tekstu, bo zostały mi do opisania cztery miejscówki. Zdjęć też będzie jeszcze sporo! 🙂

  • @Akihabara i figurki. W zeszłym roku szukałem jednej konkretnej figurki z Bakemonogatari (któej niestety nie było) w wielomiętrowym sklepie z pionowym różowym szyldem na panoramie Akiby. Z tego co widziałem na wywieszkach w języku angielskim w gablotach wynikało, że więkoszść z wystawionych figurek nie była na sprzedaż tylko do ‚wypożyczenia’. Wiesz może na jakiej zasadzie to działa bo w sumie mocno się zdziwiłem jak to przeczytałem. Inna sprawa, że ceny figurek potrafią zabić… taniej wychodzi kupić (licencjonowane) w Seulu 😉

    O świątyni Kanda Myojin nie wiedziałem – dodam do planu kolejnego wypadu do Japonii, dzięki! Z tego co widzę to nie raz przechodziłem w jej pobliżu >_>

    @Postacie od Square Enix. Rzeczywiście nie kojarzę z wędrówek po Tokio zbyt dużej ilości ‚goodiesów’ od SE w sklepach, ale z tego co pamietam to na Tokyo Game Show Square Enix wystawia naprawdę spore stoisko, na którym można znaleźć wiele rzadkich i ciekawych rzeczy. Może warto tam zaatakować? Chociaż i tak wolę sklepik Evangeliona w Ikebokuro lub Gundama na Odaibie, nie wspominając nawet o sklepach Ghibli w których można spokojnie przepuścić całą pensję, na raz O_O

    W notce nie wspomniałaś o tym gdzie nocowałaś (jeśli to nie tajemnica). Bardzo ciepło wspominam wszystkie hostele, w których miałem okazję nocować a zwłaszcza Khaosany, zwłaszcza te w Tokio i Kioto.

    Tak czy owak, nie pozostaje nic innego jak tylko czekać na kolejny wpis!

    P.S.
    Zawędrowałem tu po linku od Bartosza – dzięki za udostępnienie!

    • Dzięki za komentarz! Cieszę się, że tekst się podobał – już niedługo wrzucam drugą część 🙂

      Co do wypożyczana figurek, niestety nigdy się z tym nie spotkałam i nie widziałam takich napisów w gablotach. Może to była wina złego tłumaczenia na angielski? Jedyne teksty, jakie tam widziałam w odniesieniu do figurek brzmiały „skontaktuj się z obsługą, jeśli chcesz to kupić” albo „wyprzedane”. 🙁 A figurkę, na którą teraz poluję, zamówiłam ze sklepu Square Enix Europe – wychodzi taniej, niż sprowadzanie przez jakikolwiek polski sklep, a na pewno taniej, niż wycieczka do Seulu… 😀

      Mam ambitny plan wybrać się kiedyś na Tokyo Game Show i może wtedy faktycznie coś ciekawego się pojawi. Póki co udało mi się kupić na Aliexpress pluszowego Cactuara – identycznego jak ten, którego widziałam w ARTNIA. Z tym, że na Ali kosztował jakieś 36 zł, a w sklepie w przeliczeniu jakieś 100 zł. 😉 Akurat w jednym ze sklepów Ghibli kupiłam mnóstwo gadżetów, w tym mojego obecnego faworyta, czyli pokrowiec na okulary ze Spirited Away. 😀

      Nocowałam w hotelu w Ginzie, nazywał się APA Shintomicho Ekimae. Pokoiki malutkie, ale za to przepyszne śniadania. No i blisko do Kabuki-za. 🙂

      • Co do figurek to może akurat w tym czasie nie sprzedawali / wyprzedali wszystko – połowa sierpnia zeszłego roku czyli w trakcie comiketu. Szczęście w nieszczęściu to to, że nie mieli tego co chciałem bo zdecydowanie bym się wkurzył jakbym mógł jedynie ‚wypożyczyć’ >_> Może po prostu zamówię na amazonie i będzie z głowy 😀 Swoją drogą to nie wiem czy ktokolwiek ma to w Europie poza brytyjskim amazonem.

        Sklepy z figurkami w Seulu są w bardzo dziwnym miejscu i trzeba się nieco nakombinować by do nich dotrzeć – odnalezienie samego budynku to nie wszystko. Dobrze się ukrywają i tylko koneserzy wiedzieli jak do nich dotrzeć 😉

        Co do Tokyo Game Show to jest to dość specyficzna impreza przez co część osób może się rozczarować. Tak było w zeszłym roku jak pojechałem z dwoma kolegami (silna ekipa się zebrała 😉 ) – pomijając fenomenalnie zarządzane kolejki do wejść to za bardzo nie było co robić jak ktoś nie miał planu. Najpierw trzeba zapisać się na listę do ogrania danej gry i później tylko pojawić się na odpowiednią godzinę; w miedzy czasie można polować na fanty 😀 Nic nie sprawia takiej frajdy jak powrót z zakupów w Polsce z torbą, którą wywalczyło się na stanowisku Sony 😀

        Taka mała uwaga – co roku na TGS robią naprawdę fajnie wyglądające bilety, które najpierw kupuje się w kasie przed kolejką do przeszukania zawartości toreb by później oddać je w zamian za stempelek na ręku…. ;_;

        Sklepy Ghibli… za dużo jest tam rzeczy, które chciałoby się wziąć ze sobą. Wciąż poluję na 40 cm pluszaka Totoro chowającego się pod wielkim liściem. Kumpel kupił jednego przy mnie, ja się wahałem by końcu stwierdzić, że kupię następnym razem jak będę w Tokio po czym okazało się, że raczej już nie będzie takich bo to było sezonowy towar. Chociaż wciąż się łudzę, ze jednak uda się kupić i ocieram łzy swoim pięknym etui na wizytówki z wielkim Totoro na wierzchu 😉

        Pokoje w Japonii zawsze są malutkie – raz trafił mi się pokój 2.5×2 metry – dwupiętrowy 😀 W przypadku Japonii zawsze tak wypadało, że mimo wszystko nocowałem w hostelach – inni turyści byli w porządku za to obsługa zawsze była mega. Do tego obowiązkowy podarunek na koniec pobytu 🙂 Śniadania zazwyczaj nie miałem na miejscu ale od czego są 7eleven/Lawson Station/Family Mart czy inne Sanctusy gdzie można kupić zapas onigiri 😉