Z racji tego, że dopiero niedawno stałam się szczęśliwym posiadaczem konsoli PS4, powoli nadrabiam wszystkie exclusive’y i gry, które za nic nie ruszą na moim prawie trzyletnim PC. Jedną z pierwszych gier, które odpaliłam, było The Order 1886.

Tak się złożyło, że akurat tę grę pożyczyłam od znajomego, który powiedział: „fajna gra na raz”, a zaraz potem usłyszałam, że jest do przejścia w cztery (!) godziny. Nie nastawiałam się więc na nic dobrego, zwłaszcza po przeczytaniu kilku recenzji, które zarzucały grze powtarzalność, małą różnorodność misji, irytujące QTE, za dużo filmowych wstawek, miałką fabułę, a do tego – co chyba najważniejsze – bardzo krótki czas rozgrywki. W zasadzie wszystkie te epitety można byłoby na siłę przypisać również serii Uncharted (może poza irytującymi QTE), więc na szczęście się nie zraziłam i postanowiłam odpalić grę mimo wszystko.

To, co uderzyło mnie na dzień dobry, to oczywiście grafika – piękne kolory i oświetlenie. Moim zachwytom nie było końca. Chciałam napisać, które lokacje zrobiły na mnie największe wrażenie, ale tak trudno mi wybrać! Opuszczony szpital, słynna scena na moście, uliczki miasta… I to cudowne oświetlenie w dokach… Już sam początek gry, gdzie nasz bohater ucieka z więzienia po to, by rzucić się z mostu do wody, czy choćby laboratorium Tesli wzbudziły mój niekłamany podziw – lokacje są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach i tak naprawdę to one same w sobie nie pozwalają się nudzić. Spędziłam dobre kilka minut w opuszczonym szpitalu, gdzie strzelałam do butelek, bo rozpadały się pod wpływem strzałów, a metalowe miski odskakiwały na kilka metrów. Nie można też nie wspomnieć o cudownie zanimowanej mimice twarzy – bohaterowie wyglądają i zachowują się jak aktorzy, a nie zbitki polygonów. U nich naprawdę widać emocje, a co ważniejsze – nie wyglądają one sztucznie, jak na przykład jakiś czas temu w Heavy Rain, gdzie animacja wydawała się stać na naprawdę przyzwoitym poziomie, ale jednak czegoś brakowało do poczucia realizmu. Tutaj nawet takie drobne szczegóły, jak uniesienie brwi czy zmarszczenie nosa przez sir Galahada albo lady Igraine sprawiały, że czasem naprawdę czułam się tak, jakbym oglądała film z żywymi (no, prawie) aktorami. A scena po śmierci Percivala, kiedy sir Galahad, Lafayette i lady Igraine jadą windą i naprawdę widać po nich ten cały ból i cierpienie po stracie kompana… absolutne mistrzostwo animacji. Dodatkowo nie dotyczyło to tylko cut-scenek – ta gra robi to cały czas, nawet jeśli tylko podchodzimy w jakiejś lokacji do postaci, żeby zamienić z nią parę słów. Przejścia między cut-scenkami a akcją właściwą były tak płynne, że czasem kilka sekund zajęło mi zorientowanie się, że teraz to ja mam kontrolę nad bohaterem.

Zachwyt, zachwyt i jeszcze raz zachwyt.

Kolejnym elementem, który buduje w The Order 1886 niezwykły klimat, jest muzyka. Ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Jasona Gravesa, a zwłaszcza motyw przewodni zatytułowany „Sir Galahad”, nieodmiennie towarzyszy mi w pracy, podobnie jak „Agamemnon Rising”. Smyczki, chórki i fortepian świetnie pasują do wszystkich scen i klimatu, a ja nieraz wzruszałam się tylko dlatego, że scena miała odpowiednią oprawę muzyczną. Jason Graves już nieraz pokazał, że potrafi doskonale dopasować kompozycję do klimatu i bardzo się cieszę, że to właśnie on stworzył ścieżkę dźwiękową do The Order 1886. Poza nim w temacie przoduje jeszcze Austin Wintory z absolutnie genialnym soundtrackiem do „Journey”.

Mamy więc świetną grafikę i klimat, mamy rewelacyjną muzykę, więc wypadałoby napisać trochę o fabule. Owszem, jest prosta – bazuje na konflikcie między tytułowym Zakonem (w skład którego wchodzą legendarni Rycerze Okrągłego Stołu) i mieszańcami, czyli lykanami i wampirami. Temat, który ani w literaturze, ani w kinie i telewizji absolutnie mnie nie przekonuje i tutaj też z początku miałam z nim problem – nie znoszę wampirów! Tutaj jednak poza wampirami i lykanami mamy również zarysowaną intrygę polityczną, wewnętrzne problemy w Zakonie, a do tego tajemnicze Blackwater, które sprawia, że nasi rycerze są względnie nieśmiertelni (zawartość fiolek noszonych przez nich na szyi leczy rany i spowalnia proces starzenia, ale nie daje stuprocentowej nieśmiertelności w przypadku ciężkich obrażeń). Pojawia się również ruch oporu, który usilnie uprzykrza życie Zakonowi, a dodatkowo ma niejasne powiązania z lykanami i wampirami. Brzmi banalnie? Właśnie takie jest, w zasadzie nie ma tutaj niczego ani odkrywczego, ani nowego. Czy to znaczy, że fabuła sama w sobie jest słaba? Otóż nie – moim zdaniem prowadzona jest bardzo logicznie i konsekwentnie, nie ma skakania od wątku do wątku na podstawie nielogicznych decyzji, a całość z jednej strony ładnie się zamyka i odpowiada na wszystkie pytania, które od początku pojawiały się w grze, z drugiej zaś pozostawia otwartą furtkę dla ewentualnej kontynuacji. W zasadzie każdą decyzję bohaterów można logicznie i sensownie wytłumaczyć, podobnie jak ich reakcje w określonych sytuacjach. Tym sposobem od tematu do tematu przechodzimy do kolejnej kości niezgody, czyli bohaterów.

W wielu recenzjach czytałam zarzuty, że bohaterowie The Order 1886 są płascy i niewiarygodni, a do tego słabo zarysowani. Zastanawiałam się wtedy, czy graliśmy w tę samą grę. Owszem, można w naszych bohaterach odnaleźć pewne typowe cechy charakteru, które pojawiają się zawsze – spokojny i opanowany sir Galahad, obowiązkowa postać kobieca w postaci lady Igraine, wesoły bawidamek Lafayette czy Percival przyjmujący rolę mądrego mentora. Faktycznie nie znamy przeszłości bohaterów, tak jak nie znamy przeszłości Zakonu, ale osobiście mi to nie przeszkadzało – wręcz przeciwnie, byłam pod dużym wrażeniem nieoczywistych rozmów między lady Igraine i sir Galahadem, które mogłyby sugerować, że łączy ich coś więcej, ale jednak zważywszy na to, w jakich realiach żyją, absolutnie nie mogą sobie na to pozwolić. Bardzo dużo można tu wyczytać między wierszami, co po prostu uwielbiam. Uderzyły mnie w pewnym momencie słowa poturbowanej przez lykana lady Igraine – „Humans were not meant to live this life”. To jedna z wielu wypowiedzi, które kazały mi zastanowić się, jak w ogóle bohaterowie czują się z tym, co robią już od stuleci i jak wielką cenę przyszło im za to zapłacić.

Tutaj dochodzimy tak naprawdę do sedna sprawy – tak zwanego drugiego dna, którego zawsze doszukuję się w grach, książkach, filmach itd. Dla mnie wyznacznikiem dobrej historii jest jej rozkminogenność. Jeśli po jej zakończeniu mam tysiąc pomysłów na to, jak można byłoby dalej poprowadzić tę historię i rozwinąć niektóre wątki, to jest to dla mnie dobra historia, dobra baza do tworzenia rysunków, może komiksów. Bo wiecie, tak się składa, że ja żyję twórczością fanowską – grafikami, fanfikami, rysunkami, tak naprawdę każdym dziełem fanowskim. Sama też tworzę, ale nie wszystkie serie mnie do tego zachęcają. The Order 1886 robi to po mistrzowsku – co teraz stanie się z lady Igraine? Czy jeszcze kiedyś spotka sir Galahada, a jeśli tak, to w jakich okolicznościach? Po której stronie stanie Lafayette? Dokąd uciekną sir Galahad, Nikola, Lakshmi i Devi? Co się stanie z Zakonem? To tylko kilka pytań, które pojawiają się po zakończeniu gry i które może rozwinąć potencjalna druga część. Cóż poradzę, naprawdę chciałabym wiedzieć, co się dalej stanie z tymi bohaterami, bo polubiłam ich wszystkich bez wyjątku, a śmierć sir Lucana i jej oprawa sprawiły, że uroniłam kilka łez wzruszenia. Mistrzowska narracja i ten moment, kiedy gra każe ci wszystko zakończyć wciskając R2. Zawahałam się na dość długi moment.

Nie patrz w dół!

Były jeszcze inne dwa momenty, które bardzo mi się podobały – mianowanie Lafayette’a na Percivala (piękny animowany przerywnik z rewelacyjnym klimatem i muzyką) i moment, w którym Lafayette decyduje się pomóc sir Galahadowi i nie wydawać go Zakonowi. Spodziewałam się, że – podobnie jak lady Igraine – mimo łączącej ich przyjaźni odwróci się od niego po tych wszystkich wydarzeniach, a tu taka niespodzianka. W drugiej części widzę go nadal jako potencjalnego kompana – nie wątpię, że byłby w stanie dać się przekonać do swoich racji nowym protagonistom. Poza tym cała misja na pokładzie Agamemnona – podobała mi się tak bardzo, że ją samą przechodziłam już kilka razy.

Docieramy w końcu do jednego z poważniejszych zarzutów, czyli długości gry. Skończyłam ją w około dziesięć godzin, zbierając po drodze wszystkie możliwe znajdźki, ale i tak nie odkryłam wszystkiego. Szczerze mówiąc spodziewałam się, że gra będzie znacznie krótsza. Zasiadłam do niej któregoś wieczora licząc na to, że faktycznie skończę ją w kilka godzin, a tu takie zaskoczenie. Po sześciu godzinach sfrustrowana poszłam spać, bo następnego dnia szłam do pracy, a nie zdążyłam poznać zakończenia historii. Dziesięć godzin to dla mnie naprawdę przyzwoita długość, zwłaszcza jeśli historia jest dobra i konkretna. Nie nudziłam się ani przez chwilę, arsenał broni mi na to nie pozwalał, a że gra jest liniowa i prowadzi gracza po sznurku? Cóż to za problem, skoro dla mnie najbardziej liczy się historia? Owszem, przyjemny gameplay to coś, co jest rzeczą bardzo ważną, ale zanim w The Order zdążyłam się znudzić powtarzalnością misji, gra się skończyła. Wniosek z tego taki, że jej długość paradoksalnie wychodzi jej na dobre. 😉

Rozwiewając wszystkie wątpliwości – dla mnie The Order 1886 jest dobrą, a nawet bardzo dobrą grą. Nie nazwę jej filmem mimo liniowej fabuły i ograniczonej możliwości działania, bo to JA steruję sir Galahadem, to ja pcham go w kolejne niebezpieczeństwa, ja strzelam do rebeliantów i ja wbijam noże w lykan. Na takiej samej zasadzie filmem można byłoby nazwać Uncharted, które nie pozostawia graczowi wielkiej swobody w kierowaniu postacią i jej rozwoju, a mimo tego gra się bardzo przyjemnie i nikt nie wątpi, że jest to gra. Z racji tego, że było to pierwsze dzieło Ready At Dawn, które miało premierę na PS4, jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak dobrze im to wyszło. Mam nadzieję, że kolejna część ukaże się w najbliższych latach i będzie jeszcze lepsza. Myślę, że panowie wyciągnęli sporo wniosków z recenzji, uwag i pochwał, więc na ich kolejny produkt nastawiam się jak na killera. Mam nadzieję, że mnie nie zawiodą, ale jakoś jestem o to spokojna.

Jako że zależy mi na powstaniu drugiej części, zaraz po przejściu gry zakupiłam własną kopię, w dodatku kolekcjonerkę. Za 160 zł. Tak, dokładnie – świetnie wykonana kolekcjonerka z bardzo fajną zawartością za 160 zł. Same gry na PS4 rzadko tyle kosztują, nawet rok po premierze, a Ready At Dawn trzeba wspierać.

IMG_3017
PS.: Nie mogę nie wspomnieć o tym, że najlepszą postacią w całej grze jest Nikola Tesla (niestety niegrywalną). Poznajemy go jako zbrojmistrza Zakonu (chociaż prawdziwy Nikola Tesla w roku 1886 przebywał w USA, nie w Londynie), który dodatkowo – jak się później okazuje – współpracuje z rebeliantami w jedynej słusznej sprawie. Wzbudza sympatię praktycznie od razu, a ratując go w ostatniej misji autentycznie obawiałam się, że z uwagi na dość mroczny klimat gry może się tak zdarzyć, że nie uda się mu pomóc; cóż to był za stres! Dodatkowo ma świetnie napisane dialogi – jego komentarz dotyczący Edisona podczas rozmowy z sir Galahadem w laboratorium był rewelacyjny. Jak dla mnie on sam mógłby być wystarczającym powodem, żeby czekać na kolejną część. Więcej Tesli w drugiej części!

Broń wymyślona przez Teslę i wybuchająca głowy wrogów jest najlepsza.
Broń Tesli wybuchająca głowy wrogów to absolutne mistrzostwo.

PSS.: Uwaga, suchar – jak można było nie zorientować się, że Sir Lucan to lykan? Nawet jego pseudonim to sugeruje. 😀