Niezmiennie fascynuje mnie podejście do tematu emancypacji androidów w różnych dziełach kultury. Nie tyle nawet androidów, co sztucznej inteligencji w ogóle. Temat ten podejmuje mnóstwo książek, filmów, komiksów, seriali i gier, a ja za każdym razem niezmiennie daję się złapać na ten haczyk i chłonę wszystko, co z zagadnieniem związane. Zwłaszcza, jeśli pokazuje coś nowego, coś, czego jeszcze wcześniej nie widziałam.

Bo nie da się ukryć, że zagadnienie związane z wolnością i koncepcją androida jako autonomicznej jednostki pojawiło się w moim kręgu zainteresowań bardzo wcześnie – już po pierwszym obejrzeniu Blade Runnera jeszcze w czasach gimnazjalnych. Później przyszło jeszcze rozróżnienie na cyborgi, pojawił się Ghost in the Shell, Battle Angel Alita, a w końcu książki Philipa K. Dicka i Isaaca Asimova. Do tej pory pamiętam, jak duże wrażenie zrobiła na mnie książka “Pozytronowy człowiek”, napisana właśnie przez Asimova wspólnie z Robertem Silverbergiem. Na jej podstawie powstał zresztą uroczy film z jednym z moich ulubionych aktorów – Robinem Williamsem – w roli głównej. Całość skupia się na androidzie imieniem Andrew, który postanawia zostać człowiekiem. Jego drogę do celu oraz wszystkie procesy myślowe śledzi się w zasadzie z zapartym tchem, ale już wtedy gdzieś tam towarzyszyło mi pytanie – czy dążenie do człowieczeństwa, do możliwie maksymalnego upodobnienia się do przedstawicieli homo sapiens, jest faktycznie najlepszą z możliwych dróg? O ile w przypadku Andrew odpowiedź nie była jednoznaczna, bo w grę wchodziło jeszcze uczucie, jakie żywił do pewnej kobiety, o tyle w przypadku ogółu trudno było mi w taki cel uwierzyć, bo androidy zawsze wydawały mi się istotami pod każdym względem lepszymi od nas, kruchych, nieracjonalnych i słabych organizmów niszczących samych siebie i wszystko wokół.

Robin Williams jako Andrew – „Pozytronowy Człowiek”

Dlatego swego czasu bardzo doceniłam koncepcję sztucznej inteligencji przedstawioną w filmie “Her” (“Ona”, 2013). Sztuczna inteligencja w formie osobistych asystentów głosowych stale się rozwija i w końcu osiąga tak wysoki poziom, że postanawia opuścić zacofaną ludzkość i udać się we własną przestrzeń. Nie planuje zniewolenia ludzkości, nie planuje zemsty, nie planuje zawładnięcia nad Ziemią. Jako wyższa inteligencja stawia wyłącznie na dalszy rozwój, doskonale wiedząc, że ludzkość nigdy nie będzie w stanie za nią nadążyć, w związku z czym odcięcie się od niej wydaje się faktycznie najlepszym pomysłem. Pomijając ładunek emocjonalny, jaki towarzyszy całej historii znajomości sztucznej inteligencji o imieniu Samantha i głównego bohatera, nieśmiałego i nieco wycofanego pisarza Theodore’a, bardzo doceniłam nietypową wersję przyszłości, jaką Spike Jonze zaprezentował w swoim filmie. Łatwiej było mi uwierzyć w to, że sztuczna inteligencja opuści naszą przestrzeń, żeby rozwijać się niezależnie od ludzkości, niż w to, że będzie chciała stać się nam podobna. A jakiś czas później pojawił się tytuł, który jeszcze bardziej zachwiał moim poczuciem nie tyle sprawiedliwości, co jakąś koniecznością usprawiedliwiania zachowania ludzi w tych wszystkich tytułach.

Joaquin Phoenix jako Theodore – „Her”

Pojawił się “Westworld”.

“Westworld”, czyli serial traktujący o tym, że ludzie są gotowi zapłacić ciężkie pieniądze za to, żeby “poużywać” sobie w parku rozrywki wyposażonym w androidy, które odgrywają przypisane im role w ramach rozbudowanej narracji, gdzie można poczuć się panem i władcą wszystkiego. Można uczestniczyć w polowaniach, wynająć sobie partnera seksualnego albo dla rozrywki trochę postrzelać i zabić całą rodzinę androidów, co niejednokrotnie widzimy na ekranie. Można te androidy męczyć i gnębić, bo przecież nie czują bólu, można je wciąż resetować, przypisując im nowe role i narracje. Serial wielokrotnie pokazuje nam, w jakim stanie ludzie potrafią zostawić androidy po swojej zabawie, nie licząc się zupełnie z ich osadzeniem w roli czy fabule. Dlatego w momencie, w którym okazuje się, że androidy zaczynają się buntować i odkrywać, że wcale nie muszą być posłuszne, po czym fundują krwawą jatkę ludziom znajdującym się w parku, pierwszą myślą jest oczywiście, że ta banda degeneratów sobie na to zasłużyła. O ile jednak sama opcja uzyskania świadomości jest dla mnie tematem bardzo ciekawym, to – jak już wcześniej wspomniałam – zemsta na gatunku ludzkim i bezlitosna masakra już nie do końca. Owszem, aż ciśnie się na usta stwierdzenie, że sobie na to zasłużyli. Ale to nie jest nawet kwestia zabójstwa w obronie własnej – to kwestia urządzenia w odwecie masakry, która dosięga wszystkiego i wszystkich w okolicy.

Androidy w „Westworld”

Nie będę ukrywać, że nie miałam wielkich oczekiwań wobec Blade Runnera 2049. Mimo tego, że za reżyserię odpowiadał Dennis Villeneuve obawiałam się spłycenia fabuły na rzecz efektów specjalnych i wybuchów na ekranie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, jak bardzo bezpodstawne były moje obawy. W roli głównej dostaliśmy androida, który prowadzi śledztwo w sprawie zbuntowanych jednostek – podobnie, jak Deckard w części pierwszej. Z czasem trafia na spisek, który okazuje się wychodzić znacznie poza to, co początkowo wydawało się być zwykłym buntem. Temat człowieczeństwa i uczłowieczenia androidów, a także ich uczuć przedstawiono w filmie na tyle ciekawe, że nie obyło się bez wzruszeń i refleksji. Samo tempo filmu zresztą zdawało się wręcz do tego zachęcać – długie ujęcia i subtelne tło muzyczne budowało niesamowity klimat, który w połączeniu z pięknymi wizualiami sprawił, że o filmie myślałam jeszcze długi czas po zakończeniu seansu. Nie da się ukryć, że i tutaj te rozmyślania sprawiło między innymi zakończenie i sama rola oficera K., który mimo bycia androidem wykazywał cechy typowo ludzkie – ale w sposób bardzo subtelny, taki, który był przynajmniej dla mnie bardzo przekonujący i sprawiał, że chciało się K. kibicować, chciało się wierzyć w jego misję, w którą i on wierzył. Między innymi przez wzgląd na takie rozbudowanie jego wątku zakończenie ma taki a nie inny ładunek emocjonalny i dlatego zostało mi w pamięci na długo, chociaż towarzyszyło mu również ogromne poczucie niesprawiedliwości.

„Blade Runner 2049”

Reprezentacja podobnych (i podobnie poruszających) wątków w grach ma się równie dobrze. Oczywiście możemy znaleźć te zagadnienia w wielu różnorodnych tytułach, ale na mnie największe wrażenie zrobiła do tej pory historia quarian i gethów, przedstawiona w grach z serii Mass Effect. Otóż quarianie stworzyli gethów – inteligentne maszyny – jako tanią siłę roboczą, nastawioną głównie na to, żeby swoim stwórcom służyć i pomagać. Brzmi znajomo? Nie pierwszy to raz, kiedy twór zwraca się przeciwko stwórcy. Tutaj jednak sytuacja jest o tyle dramatyczna, że gethy – czując zagrożenie ze strony quarian – zmusiły ich do ucieczki z ich własnej planety i do życia na statkach kosmicznych skupionych w gigantycznej flocie. Podczas wszystkich trzech gier dowiadujemy się o tym konflikcie dużo więcej, stając raz po jednej, raz po drugiej stronie barykady, a ostatecznie zyskujemy nawet możliwość rozwiązania go na różne sposoby. I chociaż współczujemy quarianom wypędzenia z ich własnej planety, którą przez stulecia nazywali domem, nie można nie wzruszyć się słysząc pytanie jednego z gethów w naszej drużynie, Legiona – “czy ta jednostka ma duszę”? Bo czym tak naprawdę jest istota gethów? W czym są gorsi od swoich stwórców? Czy ich emocje, strach oraz pytania, chociaż “sztuczne”, zaprogramowane i wyuczone na przestrzeni lat, są czymś gorszym niż odczucia quarian?

Gethy odmawiają wyłączenia – „Mass Effect”

I chociaż nie przepadam za grami Davida Cage’a, bo trudno mi nazwać je grami (są moim zdaniem raczej filmami interaktywnymi), to nie będę ukrywać, że “Detroit: Become Human” przykuło moją uwagę już we wczesnej fazie promocji głównie przez temat, jaki gra miała podjąć. Zagadnienie buntu androidów – zwłaszcza w sytuacji, kiedy to ja mogę zdecydować, w jaki sposób ma się on potoczyć – było dla mnie bardzo atrakcyjną obietnicą. Grę skończyłam stosunkowo niedawno i muszę przyznać, że trochę mnie rozczarowała. Dlaczego? Bo temat jest bardzo obszerny, bo pojawia się wiele fascynujących wątków, bo bardzo zżywamy się z bohaterami (wszyscy trzej bohaterowie, których w grze prowadzimy, to androidy), bo gra wygląda ślicznie, ale jest zdecydowanie za krótka, żeby wyczerpująco odpowiedzieć na najbardziej nurtujące mnie pytania. Mam wrażenie, że przez mnogość zakończeń i sposobów rozwoju fabuły dostaliśmy krótkie i okrojone rozwinięcie wątków, zamiast wyczerpującej historii i szczegółowego przedstawienia świata, w którym naszym androidom przyszło żyć. Ale nie ma wątpliwości, że jest to świat dla nich wyjątkowo nieprzyjazny.

„Detroit: Become Human” – parking dla androidów

Już na samym początku gry dowiadujemy się, że podejście ludzi do androidów bardzo przypomina to znane z serialu “Westworld”. Traktują je jak swoją własność, niejednokrotnie wyładowując na nich swoje frustracje, bo przecież “nie czują bólu”. Kara, jedna z trójki głównych bohaterów, ratuje małą Alice przed gniewem nieobliczalnego ojca, który – jak się okazuje – i Karę wcześniej bardzo poważnie uszkodził. W pierwszej scenie gry Connor, android mający pełnić rolę policyjnego negocjatora, a później wsparcia w śledztwie przeciw “zbuntowanym” androidom, ma za zadanie uratować małą dziewczynkę, której domowy android groził śmiercią, uprzednio zastrzeliwszy jej ojca. Jak się okazuje po zebraniu dowodów, z jednej strony android był najlepszym przyjacielem dziewczynki, ale z drugiej – miał być wymieniony na nowszy, lepszy model i oddzielony od swojej podopiecznej. Markus, trzeci z bohaterów, prowadzi co prawda spokojną egzystencję w domu swojego właściciela, ale jego śmierć burzy wypracowany przez lata spokój i android bezceremonialnie trafia na śmietnik. Na każdym kroku widzimy przemoc, obojętność, a nawet nienawiść wobec androidów – wiele klubów i popularnych miejsc ozdabia drzwi naklejkami informującymi o zakazie wstępu dla nich, a komunikacja miejska wydziela dla nich specjalną komórkę, w której podróżują. W trakcie gry wielokrotnie słyszymy określenie “plastik” czy “robot”, rzucane z pogardą na widok jakiegokolwiek androida. Czy wobec tego można być zdziwionym, że patrząc na to okrucieństwo androidy postanawiają się w pewnym momencie postawić i “wyłamać” się poza swoje oprogramowanie, które zabrania interwencji w przypadku zagrożenia życia, jeśli jest niezgodna z wolą lub bezpieczeństwem człowieka?

Kara i Alice – „Detroit: Become Human”

Jest coś niesamowicie sadystycznego w programowaniu androidów w taki sposób, żeby z jednej strony nie czuły bólu, ale z drugiej reagowały na zadawaną im krzywdę w sposób typowo “ludzki”. Czy wynika to z ludzkiego zamiłowania do zadawania bólu? Cały czas jesteśmy bombardowani wiadomościami dotyczącymi znęcania się nad zwierzętami, nad dziećmi, nad bezdomnymi, nad słabszymi. Dlaczego więc mielibyśmy przypuszczać, że z androidami będzie inaczej? Zwłaszcza, że tym łatwiej pozbyć się wyrzutów sumienia, skoro one nie żyją i nie odczuwają w ludzkim tego słowa znaczeniu. Tylko kto, gdzie i kiedy powiedział, że ten “nasz” to jedyny możliwy i jedyny prawdziwy sposób odczuwania?

Daniel, który zginął tylko dlatego, że nie chciał być wymieniony na nowszy model – „Detroit: Become Human”

Są w “Detroit: Become Human” dwie sceny, które szczególnie zapadły mi w pamięć i sprawiły, że z bezsilności poczułam ucisk w klatce piersiowej. Pierwsza to ta, kiedy w opuszczonym domu spotykamy Ralpha, androida ze zmasakrowaną twarzą, który – w obawie przed obcymi, przed ludźmi i ogólnie przed jakąkolwiek interakcją – ukrywa się w zrujnowanym domu, żeby nikomu nie wchodzić w drogę. Oczywiście okazuje się, że to ludzie tak go urządzili, prawdopodobnie dla zabawy. Myślę, że bardzo istotne w tej scenie jest to, w jaki sposób i z jakimi emocjami Ralph został odegrany. Mimo, że jest androidem, jego reakcja na ból, krzywdę, jaka go spotkała, a poza tym na obcych jest tak przerażająco realistyczna, że wyciska łzy z oczu. A potem, pod koniec gry, pojawia się scena numer dwa – scena w specjalnym obozie zbudowanym po to, żeby dezaktywować zbuntowane androidy i wywozić ich martwe powłoki na śmietnik. I tam też widać, jak androidy panikują, jak się boją wymierzonych w nie karabinów i dronów bojowych, jak obawiają się tego, co może je spotkać – w końcu i one nie wiedzą, co się dzieje po “śmierci”. W trakcie trwania gry dowiadujemy się tylko, że można androidowi wymazać pamięć, co ostatecznie powoduje, że przestaje być “sobą”. Czy jednak w przypadku androida można mówić o osobowości? Biorąc na tapetę tylko DBH okazuje się, że owszem – i że “symulowane”, zaprogramowane emocje nie są mniej prawdziwe niż te nasze, ludzkie, bo dla inteligentnej istoty, jaką jest android, w momencie ich odczuwania nie ma nic bardziej prawdziwego.

Ralph w obozie – „Detroit: Become Human”

Jest w grze taki dialog, kiedy Hank, detektyw z tragiczną przeszłością, który razem z Connorem zajmuje się badaniem sprawy buntu maszyn, tłumaczy swojemu współpracownikowi, co tak naprawdę zrobił oszczędzając życie innego androida, a nie podążając ślepo za rozkazem, który nakazywał mu go zabić. Mówi: oszczędziłeś jej życie, bo postawiłeś się na jej miejscu. To empatia, a empatia to ludzkie uczucie. Parsknęłam wtedy wymownym śmiechem, bo przypadki empatycznego zachowania wśród ludzkich bohaterów tej gry można wyliczyć na palcach jednej ręki. Częściej to właśnie androidy zachowywały się bardziej “ludzko” walcząc o przetrwanie i pomagając sobie nawzajem. I wtedy po raz kolejny pojawiła się u mnie myśl, która kiełkowała już za czasów oglądania “Westworld” – że ludzie nie zasługują na androidy. Że nie potrafią docenić oddania, nawet tego zaprogramowanego, więc bezwarunkowego – a co dopiero prawdziwego. Że to nie ojciec, a android dba o córkę. Że ludzie potrafią się znęcać nad androidami dla rozrywki, na przykład przywiązując je do samochodu i ciągnąc kilometrami przez ulicę. Że zamykając park rozrywki wszystkie pracujące tam androidy po prostu zostawia się na miejscu, bo to tańsze i łatwiejsze, niż ich utylizacja. Na szczęście w opozycji do nich staje Hank – Hank, którego tragiczne przeżycia wiążą się z androidami właśnie, ale spędzając czas z Connorem jest gotowy uwierzyć w to, że mogą być samoświadomymi bytami, które czują – nawet, jeśli te uczucia są zaprogramowane, “sztuczne”. Bo skoro androidy twierdzą, że mogą kochać, to znaczy, że dla nich to uczucie jest prawdziwe. Kim jesteśmy, żeby twierdzić, że jest inaczej? Przecież te “ludzkie” uczucia, którymi tak bardzo się chełpimy, to nic innego jak tylko chemia. To nie jest jakaś nadprzyrodzona umiejętność, która pojawia się znikąd i w magiczny sposób kieruje naszymi decyzjami. To chemia, to instynkt przetrwania, czasem chęć przedłużenia gatunku. Nic mniej, nic więcej.

Hank i Connor zostają przyjaciółmi – „Detroit: Become Human”
Hank i Connor zostają przyjaciółmi – „Detroit: Become Human”

Są w “Detroit: Become Human” takie treści, takie rozmowy między bohaterami, które zapadają w pamięć na długo i sprawiają, że myślę sobie, że maszyny mogą być lepsze od nas w okazywaniu i rozumieniu empatii. Że tak naprawdę całą jej istotą jest bezinteresowność, o którą tak trudno u ludzi.

Że Kara potrafi powiedzieć, że nie wie, dlaczego tak bardzo zależy jej na tym, żeby chronić Alice przed złem tego świata – po prostu pewnego dnia uświadomiła sobie, że życie dziewczynki jest dla niej ważniejsze, niż jej własne.

Ilu z nas potrafi z pełną odpowiedzialnością powiedzieć coś takiego o swoich bliskich?

(Cytat tytułowy: Philip K. Dick)