W drodze do Akademii Cath zostaje zaczepiona przez Herculesa Hansena, który przychodzi do niej z nietypową prośbą. Z kolei para pilotów, których dziewczyna później poznaje, jest nawet bardziej niż typowa.

Zanim zabierzecie się do czytania nowego rozdziału, chciałabym pokazać Wam dwa rysunki wykonane specjalnie na potrzeby wątków tego fanfika. Ten poniżej wykonałam ja:

A ta wspaniała ilustracja do jednego z poprzednich rozdziałów powstała za sprawą najlepszej na świecie Little Chmura <3

Najnowszy rozdział (i wszystkie poprzednie) można standardowo przeczytać na dedykowanej podstronie na AO3, gdzie dodatkowo możecie pobrać tekst w formacie EPUB, MOBI lub PDF.

***

WRZESIEŃ 2016, ALASKA

W poniedziałek Cath musiała wstać wyjątkowo wcześnie. Nie dość, że właśnie tego dnia zaczynała zajęcia z nową parą pilotów, to jeszcze musiała przejrzeć proponowane modyfikacje stawów Romeo Blue. Zaledwie kilka dni wcześniej okazało się, że te kolanowe zużywają się nadzwyczaj szybko, bo po roku użytkowania nadawały się praktycznie do wymiany. Oryginalna grupa inżynierów pracujących nad Romeo rozjechała się po świecie, ale na szczęście udało im się jakoś złożyć kilka projektów, które przesłali Cath do akceptacji i ewentualnego wdrożenia. Zrobiła już wstępną selekcję, ale musiała jeszcze przyjrzeć się tym projektom świeżym okiem.

Obiecała też Chuckowi nowe rysunki techniczne, ale nie miała czasu ich przygotować, w związku z czym postanowiła tym razem zanieść mu coś innego. Złapała tablet i grubą teczkę, wrzuciła je do torby, po czym wyszła ze swojej kwatery i ruszyła przed siebie. Miała jeszcze czas, żeby złapać kawę na wynos zanim odjedzie pierwszy transport do akademii. Specjalna kolejka kursowała między bazą a akademią dwa razy na godzinę i niestety była dość wolna, ale przynajmniej raczej punktualna.

Zeszła na niższy poziom i ruszyła korytarzem w lewo. Przeczuwała, że wróci do bazy dość późno, więc postanowiła wpaść jeszcze do Hansenów. Kiedy znalazła się przed drzwiami do ich kwatery, zapukała i spojrzała na zegarek. Miała piętnaście minut do odjazdu kolejki.

Drzwi otworzył jej Chuck z jak zwykle potarganą fryzurą.

– O, Cath – ziewnął – ty śpisz w ogóle czasem?

– Tylko wtedy, jak absolutnie muszę – odpowiedziała, wręczając mu opasłą teczkę – masz tu nowe zadanie. To rysunki starych stawów dla Romeo Blue. Zakreśl i opisz wszystkie błędy w konstrukcjach.

– Wszystkie? – chłopak otworzył szeroko oczy ze zdumienia – przecież ja to będę robił sto lat!

– O to właśnie chodzi – Cath uśmiechnęła się złośliwie – a teraz do roboty. Im szybciej zaczniesz, tym krótszą i mniej siwą brodę będziesz miał, jak już skończysz.

– Ha ha ha – Chuck pokazał jej język i zniknął z powrotem w pokoju. Cath już miała odwrócić się i odejść, ale w tym momencie w drzwiach stanął Hercules Hansen.

– Hej, Cath – zwrócił się do niej – masz chwilę, żeby pogadać?

– Dzień dobry – ukłoniła się – niestety nie za bardzo. Muszę jechać do akademii.

Hercules zerknął w głąb kwatery na Chucka. Rozkładał na podłodze zawartość teczki i uważnie przyglądał się każdemu wydrukowi.

– To pojadę z tobą – powiedział po chwili – daj mi tylko sekundę, wezmę kurtkę. Idziemy po kawę? Pogadamy po drodze.

Cath kiwnęła głową w zamyśleniu. Czego Hercules Hansen mógł od niej chcieć o tej porze bez wcześniejszego briefingu? I co było na tyle ważne, że nie mogło poczekać na spotkanie późnym popołudniem, tylko musiało być omówione natychmiast? Kompletnie nie wiedziała, czego się spodziewać. Postanowiła jednak nie zadawać zbędnych pytań i bez słowa sączyła kawę, którą zgarnęli ze stołówki. Hercules odezwał się dopiero, kiedy siedzieli już naprzeciwko siebie w jednym z przedziałów kolejki. Jak można było się spodziewać, o tej porze była jeszcze pusta.

– Mam do ciebie sprawę – westchnął ciężko – ale taką bardziej prywatną, niż służbową, Cath. Chciałem pogadać o moim synu.

Z jednej strony ta deklaracja ją zaskoczyła, z drugiej nieco uspokoiła.

– Wszystko z nim w porządku? – zapytała, pociągając łyk kawy.

Hercules westchnął i przeczesał włosy dłonią. Cath zauważyła, że wygląda na bardzo zmęczonego. Miała wrażenie, że od kiedy go poznała postarzał się bardziej, niż powinien.

– Nie – odpowiedział po chwili spokojnym głosem – nic z nim nie jest w porządku. Chciałem z tobą pogadać dlatego, że jesteś jedyną osobą, do której raz na jakiś czas się odzywa.

Dopiero wtedy Cath uświadomiła sobie, że jeszcze nigdy nie widziała, żeby chłopak rozmawiał ze swoim ojcem, a zdążyli już spędzić w bazie trochę czasu.

– Przykro mi to słyszeć – nie za bardzo wiedziała, jak powinna zareagować – ale to fakt, jest ogólnie odrobinę wycofany. Za to bardzo zdolny.

Przez twarz Herculesa przebiegł cień uśmiechu. Przez chwilę w zamyśleniu wpatrywał się w swój kubek kawy.

– Jest, to prawda – powiedział w końcu – a ja mam wrażenie, że przy mnie się marnuje. Nie mam czasu zająć się nim tak, jak powinienem. Nie mogę go też zostawić samego, nie teraz, kiedy nigdy nie wiadomo, w którym momencie te potwory znowu zaatakują. Ale ja nie umiem opiekować się dziećmi. To moja żona o niego dbała, ona się nim zajmowała. A ja mam wrażenie… – na chwilę przerwał, jakby zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co chce powiedzieć – … mam wrażenie, że on ma mi za złe, że uratowałem tylko jego. Że to moja wina, że dwa lata temu Angela zginęła podczas ataku kaiju.

Cath zamarła. Podejrzewała, że matka Chucka musiała zginąć podczas jednego z ataków, ale w ustach Herculesa brzmiało to okropnie. Ostatecznie.

– Współczuję – powiedziała, starając się nadać swojemu głosu ciepły ton. Mimo wszystko czuła, że jest bardziej zbolały, niż ciepły.

– Dziękuję. Ale to nieważne, nie będę cię zanudzać naszą historią rodzinną. Chciałem tylko zapytać, czy Chuck coś ci mówił. Czy rozmawialiście o jego matce… albo o mnie.

– Nie przypominam sobie – odpowiedziała Cath zgodnie z prawdą – nie wspominał nigdy o matce. O panu niestety też nie. Rozmawiamy raczej o jakichś praktycznych rzeczach. Daję mu jakieś zadania do rozwiązania albo rysunki techniczne do opisania, żeby miał zajęcie. Ale jeśli mogę coś zasugerować…

Cath urwała, czekając na pozwolenie. I tak miała wrażenie, że trochę przesadza z poufałością.

– Słucham.

– Myślę, że powinien się zacząć uczyć na poważnie, bo wydaje mi się, że on po prostu szuka odskoczni od złych myśli. Do Akademii jeszcze nie wstąpi, ale mógłby pomagać mechanikom albo jakiejś młodej grupie programistów. Uczyłby się przynajmniej czegoś konkretnego, a łapie wszystko bardzo szybko, więc pewnie miałby z tego frajdę. No i może to by go trochę otworzyło.

Hercules zamyślił się. Cath widziała, że intensywnie się zastanawia nad tym, co powiedziała.

– Może masz rację – powiedział po chwili – spróbuję coś zorganizować. Ale mam do ciebie małą prośbę. Oczywiście jeśli to dla ciebie problem, to powiedz, nie odbiorę tego osobiście.

– A o co chodzi?

– Będziemy tutaj jeszcze mniej więcej pół roku, bo obiecałem pomóc marszałkowi, ale potem musimy się wyprawić z powrotem do Australii. Stawiają tam bazę i będą potrzebowali ludzi do zarządzania. Zresztą, Jaeger mój i Scotta też będą tam przeniesione. Wiem, że masz strasznie dużo roboty na głowie, ale może mogłabyś raz na jakiś czas pogadać z Chuckiem? Tak wiesz, żeby czuł, że ma tu kogoś po swojej stronie. Mnie ewidentnie nie chce tam mieć, przynajmniej chwilowo.

Cath zauważyła smutek w oczach Herculesa. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak to jest czuć, że rozczarowało się najbliższą osobę i nie mieć pojęcia, jak sobie z tym poradzić.

– Jasne – odpowiedziała – on nie jest jakoś specjalnie absorbujący. To żaden problem.

– Dzięki. To dużo dla mnie znaczy. Obiecuję, że niedługo będziesz mieć nas z głowy.

Dźwięk sygnalizacji obwieścił, że zbliżają się do stacji końcowej. Cath wstała, zebrała swoje rzeczy i przygotowała się do wyjścia.

– Bez przesady – rzuciła z uśmiechem – na pewno wszystko dobrze się ułoży. A przynajmniej mam nadzieję.

– Ja też, dzieciaku – odpowiedział jej na odchodnym Hercules, odwzajemniając uśmiech – ja też.

***

Akademia była dość dużym budynkiem, a do tego cały czas dobudowywano nowe pomieszczenia i sale. Na miejscu znajdowały się sale gimnastyczne, siłownie, prototypy prawie wszystkich systemów Jaegerów, a także pełne symulatory środowiska kokpitowego. Do tego oczywiście sale wykładowe i mniejsze gabinety przeznaczone do zajęć indywidualnych. Właśnie w jednym z nich Cath miała dzisiaj objaśnić dwójce kandydatów na pilotów specyfikę działania ekosystemu w Jaegerach. Gemma uczyła ich o Moście, Cath natomiast o fizyce. Zarządzanie systemem trzeba było dobrze przyswoić, a niestety nie wszystkim udawało się to opanować mimo dobrej zgodności neuronowej. Razem z Herculesem Hansenem i częściowo Schoenfeldem udało im się rozpisać program szkoleniowy tak, żeby możliwie szybko przekazać podstawy. Pozostałych rzeczy mieli się uczyć tylko ci zakwalifikowani do drugiego etapu selekcji.

To był właśnie ten etap. Z najbardziej zaawansowanej grupy wybrano tych, którzy mieli jeszcze głębiej poznać sposób działania Jaegerów, a potem próbować sił w symulatorze. Tylko jednej z par był przydzielany Jaeger. Owszem, zawsze zapewniano jakichś dubli na wszelki wypadek, ale to było już miejsce drugie i trzecie na podium umiejętności. Najbardziej skupiano się na tych, których synchronizacja utrzymywała się w okolicy osiemdziesięciu procent.

Idąc wzdłuż korytarza Cath zastanawiała się nad tym, co powiedział jej Hercules. Było jej żal zarówno jego, jak i Chucka; zwłaszcza, że doskonale wiedziała o tym, że dzieciak większość czasu spędza zupełnie sam, bo jego ojciec ma na głowie mnóstwo obowiązków. Miała nadzieję, że to się zmieni po ich powrocie do Australii. Może tam Chuck będzie się czuł bardziej komfortowo i lepiej się zaaklimatyzuje.

W końcu znalazła gabinet numer dwadzieścia i weszła do środka. Pilotów nie było jeszcze na miejscu, ale zostało im jeszcze dziesięć minut. Dopiła kawę, włączyła ekran i wyświetliła na nim prezentację szkoleniową. Miała jeszcze trochę czasu, więc postanowiła sprawdzić na telefonie ostatnie wieści ze świata.

Jak można się było spodziewać, opinia publiczna mocno ekscytowała się ostatnimi dokonaniami Tacit Ronina, japońskiego Jaegera, który w ciągu dwóch miesięcy zaliczył dwa spektakularne zwycięstwa – jedno niestety okupione było zniszczeniem Victory Alpha, co do którego Japończycy uparli się, że sami będą robić mu przeglądy. Na szczęście piloci zdołali się ewakuować, dzięki czemu była szansa na to, że dostaną do pilotowania kolejną maszynę. Japończycy mieli specyficzne podejście do swoich Jaegerów, ale Cath nie miała wątpliwości, że Tacit Ronin był najlepszą spośród wszystkich maszyn pierwszej generacji. Najbardziej skuteczny pozostawał jednak niezmiennie Cherno Alpha, pilotowany przez jedną z najlepszych i najbardziej kompatybilnych par pilotów, jakie do tej pory się pojawiły. Sasza i Aleksis byli absolutnymi mistrzami Dryfu. Nikomu jeszcze nie udało się powtórzyć ich sukcesów w synchronizacji.

– O, to chyba tutaj! – z zamyślenia wyrwał ją podekscytowany głos kogoś, kto zbliżał się do gabinetu – Chodź, Yancy, bo się spóźnimy!

Po chwili do pomieszczenia wpadła dwójka młodych chłopaków, na oko w wieku podobnym do Cath. Obaj byli dość wysocy, szczupli, o jasnych włosach i niebieskich oczach. Bracia. Nie na darmo mówiło się, że synchronizacja wychodzi najlepiej pomiędzy członkami rodziny.

– Cześć – powiedział jeden z nich, na oko młodszy; Cath już na wstępie poczuła się trochę przytłoczona jego głośnym sposobem bycia – jestem Raleigh Becket, a to mój brat, Yancy. Będziesz się z nami szkolić?

Cath chciała odpowiedzieć, ale w tym momencie dotarło do niej, co powiedział Raleigh. Z. Nami. Szkolić. Nie mogła powstrzymać śmiechu.

– Ja jestem Catherine Keats – powiedziała, starając się jakoś opanować – możecie mówić mi Cath. I nie, nie będę się z wami szkolić. Będę WAS szkolić. Jestem głównym inżynierem bazy i mam wam wytłumaczyć, jak działają niektóre systemy kokpitowe, żebyście mogli wejść do symulatora.

Raleigh i Yancy wymienili rozbawione spojrzenia. Cath poczuła się odrobinę niekomfortowo.

– Cath – odezwał się po chwili Yancy – przepraszam za mojego brata. Trochę buc z niego. Ale to dobry dzieciak, tylko trochę głośny.

– Zdarza się – odpowiedziała, biorąc do ręki tablet – i bez głupich uśmieszków proszę. Mamy dzisiaj dużo roboty.

– Mamy, mamy – przyznał Raleigh – ale serio, myśleliśmy, że będziesz starym, nudnym facetem. A generalnie jakaś młoda jesteś.

Cath przewróciła oczami i spojrzała na tablet. Jeśli dobrze pamiętała, ich wiek nie różnił się od siebie jakoś znacząco. Szybkie rzucenie okiem na dokumenty potwierdziło, że miała rację.

– Z tego, co widzę, to jestem w twoim wieku, Raleigh – odpowiedziała – a że mamy dzisiaj spędzić trochę czasu na pracy, chciałabym, żebyśmy już zaczęli, jeśli można. Mam jeszcze po tych zajęciach sporo na głowie.

Yancy szturchnął brata w bok, posyłając mu znów to irytujące porozumiewawcze spojrzenie. Cath zaczynała mieć dość.

– Widzisz, młody? W twoim wieku, a taka zdolna. A ty jeszcze niedawno dorabiałeś w sklepie z rowerami i miałeś najgorsze oceny w historii naszego liceum. Mam nadzieję, że ci głupio, że zmarnowałeś swoją młodość.

– No głupio – Raleigh pokiwał głową – ale co tam młodość. Będę pilotem! I to zwłaszcza…

– Będziesz pilotem – wtrąciła się Cath – jak będziesz mnie słuchał i jak zaliczysz u mnie szkolenie. Inaczej możesz zapomnieć. Możemy zaczynać?

Nie czekając na odpowiedź Cath odwróciła się do ekranu i przeskoczyła na pierwszy slajd. Minęła niecała minuta, kiedy usłyszała teatralny szept Raleigha.

– Ja to bym chętnie co innego zaliczył…

– Matko, Raleigh, zamknij się!

Gdyby Yancy nie kopnął brata w goleń, Cath prawdopodobnie sama by to zrobiła. Posłała w stronę chłopaków mordercze spojrzenie, ale postanowiła nie komentować tej wymiany zdań i skupić się na zajęciach. Spodziewała się jednak, że to będą najtrudniejsze cztery godziny w jej dotychczasowym życiu.

***

Po południu Cath z radością zabrała swoje rzeczy, pożegnała Becketów (którzy na szczęście postanowili w pewnym momencie odpuścić sobie żarty) i ruszyła w drogę powrotną do bazy. Na samą myśl o tym, że będzie musiała wrócić tu jeszcze kilka razy czuła narastającą niechęć. Od samego początku nie lubiła pracować z pilotami – może dlatego, że miała wrażenie, że żaden z nich nie traktuje ich obecnej sytuacji poważnie. Część zachowywała się tak, jakby przyjechali do akademii na wakacje połączone z obozem przetrwania, a nie po to, by walczyć na wojnie. Byli butni, przemądrzali i zbyt pewni siebie, co dodatkowo nasilało się z każdym kolejnym zwycięstwem. Z kolei opinia publiczna ich uwielbiała i z zapartym tchem śledziła wszystkie wzmianki o ich życiu codziennym. Byli największymi gwiazdami na tej planecie, co większość z nich bezwzględnie wykorzystywała. Dlatego też wszystkie ogłoszenia o poszukiwaniu pilotów przez PPDC spotykały się z ogromnym zainteresowaniem. Cath słyszała, że dziennie napływały setki zgłoszeń, z których wcale niełatwo było coś wyselekcjonować – zawsze potrzebny był nie jeden, a dwóch pilotów, więc jeśli jeden z dwójki się nie nadawał, obydwoje byli automatycznie dyskwalifikowani. Ale za to Gemma mówiła, że praca z Dryfem stawała się coraz prostsza, bo wybierano tylko tych najbardziej kompatybilnych.

Zatrzymała się przy kuchni, gdzie wypiła sok pomarańczowy, zabrała ze sobą zbożowy batonik i ruszyła korytarzem w stronę kolejki. W tym momencie usłyszała, że ktoś ją woła.

– Cath! – odwróciła się na dźwięk swojego imienia – Zaczekaj!

Po przeciwnej stronie korytarza zauważyła Yancy’ego Becketa, który biegł w jej kierunku. Westchnęła.

– Co się stało? Muszę wracać do pracy.

Yancy zatrzymał się obok niej i uśmiechnął się.

– Słuchaj – powiedział, przeczesując dłonią włosy – nie chcieliśmy wyjść dzisiaj na buców. To znaczy, tak sobie pomyślałem, że niefajnie się zachowaliśmy. Z tym dokuczaniem i głupimi komentarzami. Po prostu Raleigh jest bardzo tym wszystkim podekscytowany, a mi się zawsze udziela. Także przepraszam, za siebie i za niego. Nie chcieliśmy być niemili.

Cath uniosła kącik ust w lekkim uśmiechu.

– Nie jesteście pierwszymi pilotami, z którymi pracuję – powiedziała po chwili – ale cóż, do tej pory żaden nie przeprosił za bycie burakiem. Także powiedzmy, że akceptuję przeprosiny.

– Uff, to mi ulżyło – Yancy uśmiechnął się rozbrajająco – tak w ogóle, nie miałabyś ochoty na kawę? Teraz albo nie wiem, następnym razem?

– Pewnie – odpowiedziała Cath, wyjmując z torby tablet i wyświetlając na nim swój kalendarz – zobaczmy… 2025 brzmi dobrze? Maj albo czerwiec?

Yancy najpierw spojrzał na nią z niedowierzaniem, ale na widok jej poważnej miny parsknął śmiechem.

– O matko, wy naprawdę jesteście pracoholikami w tej bazie – powiedział po chwili – myślałem, że to tylko plotki.

– Uznam to za komplement – odpowiedziała, chowając tablet –  po prostu mamy w bazie mnóstwo pracy i wieczne braki w personelu, bo do tej roboty biorą tylko najlepszych.

– Skromni też jesteście, jak widać.

Cath zaśmiała się.

– Skromni czy nie, gdybyśmy nie mieli genialnych inżynierów, to szybko byśmy położyli ten projekt.

Yancy uniósł lewą brew.

– Dobra dobra, piloci chyba też są trochę potrzebni, nie? Bo wiesz, gdyby nie oni, to nie miałby kto pilotować tych waszych zajebistych mechów.

– Czepiasz się.

– Ty zaczęłaś!

Cath pewnie już dawno zaczęłaby się denerwować i oburzać gdyby nie to, że Yancy cały czas się uśmiechał i widziała, że nie mówi tego poważnie.

– Dobra, niech ci będzie. Ale naprawdę muszę lecieć. Mam jeszcze dzisiaj mnóstwo pracy, a te kolejki nie jeżdżą zbyt często.

– Okej, to cię przynajmniej odprowadzę. Żeby nie było, że taki totalny gbur ze mnie.

– Ale ja wiem, gdzie jest peron.

– A ja wiem, że lepiej mieć w drodze towarzystwo.

– Ja akurat niespecjalnie przepadam za towarzystwem.

– To widać – Yancy ponownie parsknął śmiechem – do wszystkich się tak dystansujesz, czy tylko do pilotów?

– Do wszystkich. I nie jesteś jeszcze pilotem.

– Touché!

W sumie Cath całkiem miło było mieć towarzystwo w drodze. Mimo słabego pierwszego wrażenia Yancy wydawał się być dość sympatycznym chłopakiem. W drodze na peron porozmawiali jeszcze trochę o Pentecoście, pracy inżynierów i codziennym życiu w bazie.

– Dzięki za towarzystwo – powiedziała Cath, kiedy dotarli na miejsce – a teraz spadam. Widzimy się za dwa dni. Pamiętajcie tylko, żeby się zapoznać z materiałami, które wam dzisiaj prześlę. Z tego, co widzę pierwszy test w symulatorze macie za dwa tygodnie, więc musimy się sprężać.

– Dobrze, pani profesor. Będziemy się pilnie uczyć.

Cath przewróciła oczami, pomachała Yancy’emu dłonią na pożegnanie i wsiadła do kolejki. O tej porze między akademią i bazą przemieszczało się już całkiem sporo ludzi, ale na szczęście udało jej się znaleźć miejsce siedzące. Oparła głowę o szybę i odetchnęła głęboko.

Kilka minut na to, żeby odpocząć, a potem musi zająć się jeszcze Romeo Blue.

***

Wieczorem Cath i Jin pracowali w gabinecie dziewczyny. Jin lubił tam przebywać, bo dużo łatwiej było sobie tam zorganizować pracę niż we wspólnych gabinetach lub w jego pokoju. Tutaj miał do dyspozycji pół stołu, dwie szafki i dość wygodne krzesło. Żadnej z tych rzeczy nie mógł być pewny w dwóch pozostałych lokalizacjach.

– Powiedz mi, Cath… – odezwał się w pewnym momencie; dziewczyna podniosła głowę znad ekranu laptopa.

– Hm?

– … zastanawiasz się czasem, co naprawdę dzieje się dookoła nas? Ale tak naprawdę zastanawiasz?

Cath westchnęła i odsunęła się od laptopa, przeciągając się. Oparła się wygodnie na krześle i spojrzała na Jina.

– Chyba nie do końca rozumiem, co masz na myśli.

– Wszystko, Cath. Ile my mamy lat, co? Powinniśmy teraz, nie wiem, imprezować, poznawać nowych ludzi, zastanawiać się, co będziemy robić w przyszłości. A nie… to.

– Jin, nikt nas do tego nie zmuszał. Sami zdecydowaliśmy, że pomożemy PPDC, pamiętasz? Zapytania przyszły do szkół, nauczyciele nam je przekazali, zgłosiliśmy się. To było dobrowolne. Przecież dużo o tym rozmawialiśmy.

– No tak – chłopak westchnął – ja się po prostu nie spodziewałem, że to tak długo potrwa. Wiesz, ta wojna.

– Wszyscy mieli nadzieję, że każdy kolejny kaiju będzie ostatnim. Niestety, jak sam widzisz, nie zanosi się na to, żeby to miało się skończyć. Musimy być przygotowani…

– Na każdą ewentualność – wypowiadając te słowa Jin celowo przybrał prześmiewczy ton – tak, Cath, ja to wszystko wiem. Ja to wszystko pamiętam. Ale ta wojna się nie kończy, nie jesteśmy wcale bliżej wygranej, nie mamy pojęcia, kiedy kolejny kaiju zaatakuje. Nie przeraża cię to? Co, jeśli te ataki nigdy nie ustaną, a ich częstotliwość jeszcze się zwiększy?

Oczywiście, że ją to przerażało. Po prostu za każdym razem, kiedy zaczynała o tym myśleć, zmuszała się do zepchnięcia tych myśli gdzieś na obrzeża świadomości. Inaczej pewnie już dawno nie byłaby w stanie myśleć o niczym innym.

– Przeraża – przyznała się – ale staram się na tym nie skupiać. Zamiast tego zajmuję się pracą. Powodzenie tego wszystkiego opiera się na ludziach. Nie możemy się teraz…

– Wiesz co, ulotki PPDC to i ja umiem recytować z pamięci. Perspektywa się trochę zmienia, kiedy na przykład, nie wiem, giną ci rodzice. Mogłem ostatnie lata spędzić z nimi. A spędziłem je w dwóch ogromnych, zimnych bazach, licząc na zwycięstwo w wojnie, której nikt do końca nie rozumie!

Zaskoczyło ją zdenerwowanie w głosie chłopaka. Najgorsze było to, że nie wiedziała, co ma mu powiedzieć. Nie mogła po prostu rzucić, że wszystko będzie dobrze. Nie mogła też powiedzieć, że wojna niedługo się skończy, bo tego tak naprawdę nikt nie wiedział. Nie mogła też obiecać, że nagle pewnego dnia zrozumieją motywację kaiju i to da im w końcu jakąś znaczącą przewagę. Nie miała żadnego, nawet najmniejszego punktu zaczepienia, żeby pocieszyć Jina w tej sytuacji.

– Jin…

– Sorry – odpowiedział szybko, wzdychając głęboko – nie chciałem na ciebie naskoczyć. Po prostu mi się ulało, to wszystko.

Cath zamknęła klapę laptopa, żeby lepiej widzieć przyjaciela, po czym oparła łokcie na stole i podłożyła splecione dłonie pod podbródek.

– Słuchaj, ja rozumiem. To wszystko jest  cholernie ciężkie. Nie wysypiamy się, przegapiamy posiłki, pracujemy ponad siły i w większości nadal działamy po omacku, a do tego nie możemy budować żadnych predykcji, bo o kaiju wiemy nadal tyle, co nic. No i tak, masz rację, omijają nas wszystkie uciechy tradycyjne dla liceum i studiów. Ale czy to akurat coś złego?

– Co masz na myśli?

– Po prostu idziemy inną drogą. Skupiamy się na innych rzeczach. Mamy inne obowiązki. Kaiju i tak by zaatakowały, niezależnie od tego, jaką my byśmy drogę wybrali. W takiej sytuacji wolę być tutaj, niż w szkole czy w domu. Przynajmniej czuję, że mam na cokolwiek wpływ. Nie wyobrażam sobie siedzenia na tyłku i oglądania tego wszystkiego w telewizji. Chyba bym zwariowała.

Jin wyraźnie się zamyślił. Najwyraźniej nie myślał o tym tak, jak Cath. Po raz kolejny wydało mu się, że jest nadmiernie dojrzała jak na swój wiek. Nie wiedział tylko do końca, czy to w obecnej sytuacji dobrze, czy źle.

– Naprawdę nie wolałabyś być teraz z rodzicami?

– Nie. Oni są bezpieczni, ja jestem bezpieczna, a tych wszystkich lat, które już z nimi spędziłam, żadna wojna mi nigdy nie odbierze.

W sumie miała rację. Jin też spędził ze swoimi rodzicami mnóstwo cudownych lat. Zwłaszcza będąc jeszcze kilkuletnim brzdącem, kiedy tata chodził z nim na spacery i zabierał go na świeżutkie kibi dango . Zawsze krztusił się posypką, ale mimo to za każdym razem upierał się na tę przekąskę. Tata śmiał się z niego tylko i pilnował, żeby się nie zakrztusił. Kiedy się nad tym zastanowił, to, co mówiła Cath, było zaskakująco sporym pocieszeniem.

Tego, co przeżył z rodzicami przed wyjazdem z Japonii, nic mu już nie odbierze.

– Może masz rację – westchnął i lekko się uśmiechnął – może faktycznie lepiej skupić się nad tym, co się już ma, zamiast na tym, co by było “gdyby”.

Ale Cath już mu na to nie odpowiedziała. Kiwnęła tylko głową, bo po raz pierwszy poczuła obezwładniające uczucie strachu. To nie był stres przed raportowaniem do marszałka. To nie było poddenerwowanie towarzyszące pracy z Schoenfeldem. Ba, to nie była nawet obawa przed ogromną odpowiedzialnością, jaką miała teraz w PPDC. To było uczucie związane z nieznanym, to była ogromna lodowa kula w żołądku, to były zawroty głowy, szybsze bicie serca i nagłe uczucie paniki.

To była myśl o tym, że ta wojna może się nigdy nie skończyć i że nie wiadomo, jak wiele ofiar jeszcze pochłonie.